Spitsbergen 2007 – wyprawa żeglarsko-nurkowa.
Wyprawa zaczęła się od zbiórki na lotnisku Okęcie w Warszawie. Jadąc na miejsce spotkania dostałem informację, że na jachcie jest stanowczo za mało balastu i prawdopodobnie będziemy się borykali z problemem “niedoważenia” w grupie nurkowej. Jak wiadomo zasolenie tego obszaru wód jest bardzo wysokie, więc i wyporność nurka zanurzonego w tejże wodzie będzie dosyć spora. Dodając do tego grube, zimowe ocieplacze i wyporność butli aluminiowych, nasz balast powinien być większy o jakieś 6-10 kilogramów w porównaniu z balastem używanym do nurkowania na wodach słodkich. Tak, więc przy naszej, 7-mio osobowej grupie potrzeba było użyć około 100-140 kilogramów do “zatopienia” naszych szanownych ciał w letnich wodach Arktyki. Rzeczywistość jednak stawiała nam niepokojące wyzwanie – na łodzi jest tylko 50 kilogramów ołowiu, co przy sprzyjających wiatrach pozwoli na nurkowanie, co najwyżej trzech osób.
Postanowiłem wobec tego przemycić trochę ołowiu przez granicę, ale jak to zrobić, aby nie zapłacić za dużo za taki nadbagaż??? Z pomocą przyszedł mi Piotrek, który zaproponował, abyśmy zabrali ołów ze sobą, zapięty w pasie, na pasach balastowych.
Tak więc zabrałem wszystko, co miałem w moim samochodzie, było to 47 kilogramów przeróżnych ołowianych kafelków, oraz 6 pasów firmy OceanPro. Założyliśmy to wszystko na ubranie i dzielnie poszliśmy na spotkanie z celnikami. Tutaj, w zależności na kogo się trafiło, albo obyło się bez przeszkód, albo wręcz przeciwnie. Aż przykro było mi widzieć zakłopotanie celników, którzy pierwszy raz widzieli, żeby ktoś przewoził balast nurkowy przez granicę. I tutaj zaczęła się dyskusja, czy wolno, czy nie, a dlaczego nie, czy dlaczego wolno…. W końcu stanęło na tym, że są to nasze paski do spodni, i że bez nich nam spodnie pospadają, a że ciężkie to nie nasza wina. I tak po godzinie od odprawy i zakupach w jedynym sklepiku alkoholowym na lotnisku, wylądowaliśmy w naszych fotelach, na wyznaczonych miejscach w samolocie.
Wystartowaliśmy.
Lot do Oslo – naszej pierwszej bazy przesiadkowej, odbył się bez jakichkolwiek problemów. Wylądowaliśmy miękko na norweskiej ziemi, gdzie czekał nas następny krok – dostać się do samolotu do Tromso. Spróbowaliśmy znów naszego patentu z zapiętymi pasami przy spodniach. Tym razem nie poszło tak gładko. W dwóch na trzy okienkach zatrzymano nas i kazano nadać ołów jako bagaż niestandardowy, za dodatkową opłatą. Tak więc puściliśmy obciążniki jako dodatkowe pakunki, płacąc 40 koron za każdy z nich. Marek miał fart, do jego paska nikt nie miał żadnych zastrzeżeń i on jako jedyny przemaszerował przez bramkę bez jakichkolwiek problemów. Lot do Tromso trwał niecałe 2 godziny. Na miejscu mieliśmy siedem godzin do odlotu na Spitsbergen. Postanowiliśmy naddać nasze bagaże i pójść na miasto. Z informacji, które dostaliśmy w okienku, trzeba było płacić 20 koron (czyli 10 zł) za każdy kilogram dodatkowego bagażu. Trochę nas to przeraziło, bo to mogło skończyć się dodatkowymi setkami złotych za przewożone pasy i ołów. Po kilkuminutowej miłej rozmowie z panią celniczką puściliśmy większość bagażu podręcznego, wraz z ciężarkami, bez dodatkowych opłat. Pani okazała się zapalonym nurkiem i po chwili rozmowy sama proponowała, żebyśmy dodawali dodatkowe paczuszki do naszego bagażu. Tak więc dzięki nurkowemu charakterowi naszej wycieczki i urokowi uczestników wyprawy, udało się ” przemycić” 47 kilogramów bagażu do arktycznej krainy. Tak minęła przygoda z bagażem i przewozem obciążenia dla naszej wyprawy.
W Tromso powitała nas słoneczna letnia pogoda. Lato tutaj trwa cały dzień, gdyż jest to teren położony poza kręgiem arktycznym, czyli słońce nie zachodzi za horyzont przez kilka miesięcy. Potem robi miejsce arktycznej nocy, gdzie z kolei noc spowija niebo trzema miesiącami ciemności. W Tromso postanowiliśmy zjeść coś ciepłego. Udaliśmy się do miasteczka w poszukiwaniu otwartej knajpy. Z początku nasz spacer przebiegał w złym kierunku, poszliśmy na most, gdzie zrobiliśmy kilka fajnych zdjęć, a potem z powrotem do centrum Tromso. Nasz spacer za most zajął nam około godziny, więc postanowiliśmy skrócić sobie drogę do centrum jadąc autobusem.
W samym miasteczku uległem wrażeniu, jakby życie biegło kilka razy wolniej niż w Polsce. Ludzi było jak na lekarstwo, często wygrzewali się na słońcu śpiąc na trawie w promieniach ciepłego słońca. Od czasu do czasu przetaczał się samotny samochód. Częściej widać było rowerzystów z kaskami ochronnymi na głowach. Nie wiem, czy ten bezruch był spowodowany porą dnia, czy tym, że była niedziela, ale atmosfera sprawiała wrażenie jakby nikt tutaj nie pracował, a mieszkańcy w większości gdzieś się pochowali. Z obolałymi nogami i pustymi brzuchami przemierzaliśmy więc tę wyludnioną krainę w poszukiwaniu jakiejś ciepłej michy. Po kilku kursach w tę i z powrotem namierzyliśmy jakiś pół-podły lokalik, z zadymioną atmosferą, ale za to z tarasem na dachu domu, gdzie można było usiąść i spokojnie coś przekąsić. Zamówiliśmy coś, co sprawiało wrażenie jadalnego, skonsumowaliśmy i poszliśmy z powrotem na lotnisko, poczekać tam na nasz samolot. Drogę pokonaliśmy na piechotę, podziwiając po drodze piękne widoczki.
Spitsbergen
Samolot wystartował o czasie i o pierwszej trzydzieści wylądowaliśmy w Longyerbean. Tam powitał nas dalszy ciąg dnia arktycznego, z zachmurzonym niebem i temperaturą lekko powyżej zera. Po odebraniu bagaży zapakowaliśmy się do taksówki jedynej, jak się okazuje sieci taksówek – MaxiTaxi.
Podjechaliśmy 3 kilometry do portu. Rachunek wyniósł jedyne 176 koron….
Tutaj spotkaliśmy się z naszymi kapitanami – Piotrkiem Kuźniarem i Krzysiem Jasicą, wilkami morskimi, którzy po powitalnych uściskach i śmichach-chichach pomogli nam zapakować się na jacht. Dostaliśmy od nich kartę do pobliskiego budynku, gdzie mogliśmy po raz ostatni przed wypłynięciem wziąć prysznic i wygrzać się w ciepłej wodzie…Tak też uczyniliśmy…
Problem z dniem arktycznym polega na tym, że nie wiadomo, kiedy jest czas na sen i jak się człowiek zapomni, to może tak przewegetować kilkadziesiąt godzin w błogim przekonaniu, że to jeszcze nie pora. Potem jak już pada na twarz i położy się w końcu, nie wie kiedy ten sen ma się skończyć. Jak za szybko, to funkcjonowanie jest stanowczo utrudnione przez tony piasku w oczach i ciągły stan lekkiego wykończenia, jeśli sen trwa za długo, to chodzi się jak na kacu. Poza tym noc miesza się z dniem i dzień z nocą, a normalny rytm dnia ulega poważnemu rozregulowaniu. Nie dziwią więc śniadania o pierwszej w nocy czy kolacje o trzynastej. Wszystko, jak się okazuje, może być rzeczą względną.
Po krótkiej drzemce, kapitan rozplanował nasze wachty. Ruszyliśmy z portu, z wiatrem w twarz i falą pod dziób. Pierwsze ofiary choroby morskiej pojawiły się niebawem, znacząc czerwony kadłub SELMY białymi zaciekami. Ogólnie było wesoło i nawet w tak ciężkich chwilach nikt nie tracił humoru – w końcu nikt nie mówił, że ma być łatwo…
Pierwszy dzień ( a w zasadzie pierwsza doba) wyprawy to było żeglowanie. Po dwudziestu godzinach dotarliśmy do przylądka gdzie zobaczyliśmy stado morsów drzemiących na plaży. Tutaj spotkała nas miła niespodzianka, u wybrzeży tegoż przylądka żerował młody humbak, pokazując nam raz po raz, swój ogon i wyrzucając fontannę wody na kilka metrów do góry. Zmęczenie minęło i pomimo dziwnej pory – była trzecia nad ranem- zeszliśmy na ląd zrobić kilka fotografii morsom i rozprostować kości. Sesję fotograficzną przerywały nam kilkakrotnie ataki ptaszków, które dziobiąc nasze głowy chciały skłonić nas do odejścia. W ten sposób odganiały nas ze swojego terenu chroniąc swoje gniazda i przyszłe potomstwo przed potencjalnym zagrożeniem. Po wizycie w świecie morsów popłynęliśmy dalej. Minęliśmy Magdalenfjord po prawej i postanowiliśmy podpłynąć pod czoło pobliskiego lodowca. Była godzina 24 – jak zwykle słońce świeciło na horyzoncie…. Kapitan wpłynął w pak lodowy zbliżając się na kilka metrów do trzydziestometrowej wysokości lodowca. Marek odłowił kilka grudek lodu do drinków, zrobiliśmy sobie sesję fotograficzne i popłynęliśmy dalej. W tym miejscu wiatr nie był za silny, więc drogę pokonywaliśmy na silniczku.
Tej doby słońce okazało się łaskawe i nie zachodziło za chmury do późnych godzin wieczornych. Wykorzystaliśmy to – oddając w tym dniu pierwszego nurka tej wyprawy, ale zanim to uczyniliśmy, Marek wraz z Anią przygotowali nam uroczystego drinka. Marek bowiem wybierał się w te okolice już od ponad dwudziestu lat. Jak sam powiedział, czekał tyle czasu, aby w naszym towarzystwie wreszcie zejść tutaj pod wodę. Dlatego też postanowił uczcić ten szczególny dzień w szczególny sposób. Pieczołowicie przygotował lód z miniętego kilka godzin wcześniej lodowca. Lód ten podobno liczył kilka tysięcy lat. Po wrzuceniu do szklaneczki z alkoholem wydawał charakterystyczne dźwięki, syczał i rozpuszczał się strzelając raz po raz. Drinki były przygotowane z tegoż oto lodu, świeżej mięty, przywiezionej w termosie, specjalnie z myślą o tej okazji. To wszystko zostało zalane rumem Bacardi i rozlane do specjalnych szklaneczek. Toast wznieśliśmy na pokładzie jachtu, za nasze zdrowie i pomyślność naszej wyprawy. Humory musiały nam dopisywać, czegoż trzeba więcej, aby mieć dobry nastrój. Nawet słońce nie chciało schować się za chmurami, a nasz pokładowy termometr pokazywał piętnaście kresek powyżej zera.
Po wypiciu drinków rozpoczęliśmy przygotowania do pierwszego nureczka.
Za miejsce do naszego zanurzenia wybraliśmy okolicę, w której niejaki Andree ponad 200 lat temu, próbował przelecieć balonem nad biegunem. Miejsce startu jego balona było oddalone od naszej łodzi o jakieś dwieście metrów. Do dnia dzisiejszego są tam pozostałości osady, można też znaleźć pozostałości po pamiętnym starcie. Miejsce to jest też miejscem chronionym na Spitsbergenie, gdzie potrzeba specjalnego gubernatorskiego pozwolenia, aby móc zejść na ląd. My takie pozwolenie zdobyliśmy, więc legalnie mogliśmy zwiedzać te okolice. Nasze pierwsze zejście na ląd odbyło się bez jakichkolwiek trudności. Uzbrojeni w strzelbę i rakietnice wypakowaliśmy nasz ekwipunek na brzeg.
Strzelby i rakietnic używa się na tym zimnym lądzie w obawie przed atakami niedźwiedzi polarnych, które zamieszkują te tereny. Niedźwiedzie jak wiadomo, są wspaniałymi pływakami i często przemieszczają się pokonując fiordy. Można je spotkać praktycznie wszędzie. Dodatkowo na północy Spitsbergenu, gdzie obecnie się znajdowaliśmy, populacja tych ssaków jest dosyć liczna i prawdopodobieństwo bliskiego spotkania było o wiele większe niż w okolicach Longyerbean. Niedźwiedź polarny jest obecnie pod ochroną, a jego populacja jest wnikliwie liczona. Typowym jest spotykanie osobników tego gatunku, z wymalowanymi na grzbiecie jaskrawym sprayem cyframi. Niedźwiedź polarny z natury nie atakuje ludzi, choć tak na prawdę tutaj jesteśmy naturalnym ogniwem łańcucha pokarmowego. Człowiek zaatakowany przez misia nie miałby żadnych szans na przeżycie. Niestety miś także. Gdyby doszło do takiego incydentu, niedźwiedź mógłby zacząć traktować człowieka jako potencjalne pożywienie i w przyszłości mógłby urządzać sobie polowania na ludzi. Dlatego osobnik, który pożarłby jakiegoś turystę z pewnością musiałby być odstrzelony, aby nie powielać swojego zachowania. Jeśli nie wiadomo by było, który konkretnie osobnik był sprawcą pożarcia, odstrzelona by została cała populacja tych ssaków w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Byłby to smutny finał jednorazowego obżarstwa, zarówno dla ludzkiej ofiary jak i najedzonego misia. Dlatego też używa się flar i rakietnic, starając się za ich pomocą przestraszyć i odgonić te drapieżniki.
Stanęliśmy więc na brzegu z naszą bronią i z ekwipunkiem do nurkowania. Cześć z nas poszła na wyprawę po lądzie, a część rozpoczęła przygotowania do zejścia pod wodę.
Przygotowaliśmy się do nurka na brzegu, wyważyliśmy się i zeszliśmy pod wodę. Lekkim zaskoczeniem dla nas była niezwykła wyporność, której doświadczyliśmy. Musieliśmy zanurzać się mając na sobie między 18 a 20 kilogramów ołowiu na osobę. Postanowiliśmy się więc zanurzać w dwóch grupach po 3-5 osób każda. W pierwszej grupie nurkowej znalazłem się ja, Kasia i Marek. Druga grupa była bardziej liczna, zanurzałem się z Moniką, Rafałem, Pawłem i Piotrkiem.
Pod wodą powitały nas łąki listownic, brunatnic i innych roślin wodnych, na których żerowały liczne ślimaki i inne gatunki zwierząt. Pomiędzy roślinami było wiele przedstawicieli gatunków planktonu, a na dnie można było dostrzec kraby i krewetki. Przeszkadzało mi zimno i lekkie niedoważenie, na kolejnego nurka postanowiłem zabrać dodatkowe dwa kilogramy. Udało mi się upolować za pomocą mojego aparatu ślimaka nagoskrzelnego, podobnego do miniaturki jakiegoś białego jeżyka. Po trzydziestopięciu minutach nurkowania zmarzły mi ręce, a mój pełny pęcherz dodał mi sił do jak najszybszego opuszczenia wody i mojego suchego skafandra. Nurek z drugą grupą był dla mnie mniej przyjemny. Musiałem walczyć z niedoważeniem, jak się potem okazało nie tylko ja. Monika najpierw miała problem z przetkaniem uszów, potem walczyła z siłą wyporu. To samo spotkało Rafała, który nie dość że zgubił jeden z ciężarków, to jeszcze miał nierównomiernie rozłożony balast. Jego pierwszy nur w tych okolicach okazał się walką o przetrwanie i jak najdłuższe przebywanie pod wodą. Paweł – Rudy miał więcej szczęścia, wyważył się dobrze i nie miał żadnych problemów. Piotr nurkował w zasadzie solo, mając jako jedyny z nas twinset na grzbiecie.
Nurkowanie zakończyliśmy po około 30 minutach, z mieszanymi uczuciami. Kłopoty sprzętowe potrafią zepsuć nawet najfajniejszego nurka.
Na powierzchni zobaczyliśmy, że obok zacumowała łódź Norweskiej policji wodnej ze Spitsbergenu. Jak się dowiedziałem, w czasie jak byliśmy pod wodą przycumowały tutaj dwie strażniczki parku i udały się na inspekcję po lądzie. Ich zadaniem jest pilnowanie, by turyści nie zaśmiecali ziemi Spitsbergenu, nie dewastowali miejsc historycznych i zachowywali się z poszanowaniem dzikiego charakteru tego miejsca. Zaopatrzone w rakietnice i giwery poszły na zwiad w głąb lądu. Krzysiek i Piotr-kapitan zaprosili urocze strażniczki na obiadek na pokład naszego jachtu. Po zakończonej inspekcji norweskie białogłowy odwiedziły nas, gdzie zostały ugoszczone jak należy. Zjadły najpierw zupkę z torebki, a potem wraz z resztą załogi leczo. Najedzone zabawiały nas opowieściami o ich pracy, o bliskich spotkaniach z niedźwiedziami i problemach z nieokrzesanymi turystami. Na pożegnanie Krzyś podarował naszym gościom po kilka kisielków w torebkach, i po dwie tabliczki czekolady – niech wiedzą co dobre i czym żywi się załoga polskiego jachtu.
Tak minęła druga doba na Selmie. Trzeci dzień rozpoczął się transferem w następne miejsce nurkowo-lądowe. Zacumowaliśmy w pobliżu dawnej osady wielorybniczej-Smerenburg, gdzie przez setki lat oprawiano zamordowane zwierzęta. Zeszliśmy tutaj na ląd w celu poszukiwań śladów dawnej cywilizacji. Ku naszemu zaskoczeniu czas zatarł prawie wszystkie ślady zamierzchłych czasów. Poza zwałami starego drewna i kilku kupek kamieni, oraz kilku tablic z wyrytymi napisami, nie znaleźliśmy żadnych śladów bytności człowieka. Aż dziw bierze, jak szybko natura poradziła sobie z uporządkowaniem środowiska, po niewątpliwie wyniszczającej bytności człowieka.. Postanowiliśmy zanurkować w pobliżu licząc na odnalezienie szczątków wielorybów, gdzieś w odmętach arktycznych wód. W tym celu przestawiliśmy łódź o milę na południe. Tutaj dostrzegliśmy jakieś resztki lądowych konstrukcji. Były to pozostałości po piecach do wypalania tłuszczu wielorybiego oraz zarys kilku budynków. Część z nas zeszła na ląd, zaś ja, Rafał (ziomal) i Marek poszliśmy pod wodę sprawdzić co tam się ciekawego znajduje. Zacumowaliśmy przy początku silnego spadku i w kilka chwil zeszliśmy na 20 metrów. Dalej nie było sensu z uwagi na kiepską przejrzystość wody, coraz gorsze światło i brak perspektyw na odkrycie czegoś spektakularnego. Pokręciliśmy się więc troszkę wśród listownic i innych roślin wodnych, poczym wynurzyliśmy się na powierzchnię. Ja zmagałem się przez cały czas z problemami technicznymi z moją kamerą, Nurkowanie więc miało dla mnie lekko wnerwiający charakter. Humor radykalnie poprawiła mi ostatnia nakręcona scena, otóż tuż pod powierzchnią wody natknąłem się na małe stadko nurkujących ptaków. Nigdy nie wiedziałem jak poruszają się one podczas nurkowania, okazuje się, że zachowują się jakby normalnie fruwały. Mają rozłożone skrzydła i poruszają nimi jak w powietrzu. Udało mi się sfilmować kilka osobników frunących w odmętach wód. Ta krótka scena wynagrodziła mi niedogodności całego nurkowania, tak więc wspomnienia po tym zejściu pozostaną mi miłe w pamięci.
Tymczasem grupa lądowa powracała z dwugodzinnej wycieczki. Jak się okazało, ta część przylądka miała więcej do zaoferowania niż poprzednia część, zwiedzana kilka godzin wcześniej. Jak napisałem powyżej, natknęli się oni na pozostałości pieców i budowli, a potem, podczas długiej wycieczki na szczyt pobliskiej góry, zobaczyli dwa renifery i lisa polarnego. Odnaleźli również kilka kości wielorybów pozostawionych nieopodal.
Grupa nurkowa pozazdrościła troszkę tych widoczków, efektem czego była druga wycieczka lądowa w tym miejscu. Po zwiedzaniu powróciliśmy na jacht. A tutaj kilka miłych niespodzianek. Rudy, jako techniczna część wachty kambuzowej naprawił kibelek, zaś Marek i Ania ugotowali królewski obiad. Były kawałki duszonego mięsa w sosie grzybowym, razem z ziemniaczkami puree, tartymi buraczkami na ciepło i dwiema sałatkami. Na deser dostaliśmy sałatkę owocową….. Niebo w gębie. Nie było końca cmokaniom i odgłosom zachwytu nad tak wykwintnym jedzeniem. Aż nie chciało odchodzić się od stołu.
Po obiadku mała drzemka i już o godzinie 24 ruszyliśmy w dalszą podróż. Trasę pokonaliśmy na silniczku, udając się do Magdalenfjord. Po drodze odbiliśmy pod czoło lodowca-jednego z większych w tej okolicy. Stanęliśmy pośrodku paku lodowego, gdzie wypiliśmy dwie butelki whiskey z dwutysięcznoletnim lodem. Cały obrządek został skrzętnie obfotografowany i uwieczniony na wszystkich dostępnych kamerach na jachcie. Dodatkowo kapitan oparł dziób SELMY na małej górce lodowej, o charakterystycznym, niebieskim odcieniu. Tam postaliśmy chwilę, zrobiliśmy małą sesję fotograficzną i poimprezowaliśmy w szampańskich nastrojach. Jako, że była godzina późna, po wypiciu ostatniej kropelki whiskey z lodem, poszliśmy grzecznie spać, zaś wachta pokładowa prowadziła nasz jacht w dalszą podróż. Po kilku milach zacumowaliśmy w sąsiadującym małym fiordzie, gdzie natknęliśmy się na obóz badawczy polskich ornitologów.
Odwiedziliśmy ich więc, zaś gospodarze miło nas ugościli. Jeden z ornitologów zaprowadził nas do kolonii alczyków, znajdującej się na pobliskim wzgórzu. Cały dzień, jak się później okazało, rozpieszczał nas bezchmurnym niebem, a słońce ogrzewało dodając sił po ostatnim zimnym i wietrznym dniu.
Po drodze na grzbiet wzniesienia widzieliśmy kilkanaście gatunków miejscowych kwiatów, wierzbę karłowatą i inne trawy i zielska, a co bardziej wrażliwi na tego typu przejawy życia fotografowali te obiekty nie szczędząc klisz w swoich cyfrowych aparatach:).
Przed zejściem z góry zobaczyliśmy rodzinę reniferów przechadzającą się na pobliskiej łasze śniegu i znów aparaty poszły w ruch.
Na koniec naszej wycieczki lądowej pożegnaliśmy się z ekipą naukowców i odpłynęliśmy pontonem na jacht. Potem udaliśmy się w dalszą podróż.
Następny etap podróży przebiegł pod znakiem przemieszczania się w kierunku powrotnym. Wiatr niestety mieliśmy w dziób i nasz rejs musiał odbywać się szerokimi halsami – od lądu i z powrotem. Spadła temperatura z 13-15 stopni do pięciu, w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza spowodowało to większe odczuwanie chłodu w naszej ekipie. Spore falowanie dało się odczuć we znaki, tak więc znów kilka osób oglądało burtę z zewnątrz. Potem powoli poszliśmy spać, bo i co tu robić będąc kilkanaście mil od lądu i płynąc po rozfalowanym morzu. Tak wszyscy przespali do późnych przedpołudniowych godzin dnia następnego, a był to już piąty dzień naszej wyprawy. Ranek okazał się być kontynuacją żeglugi. Wiatr cały czas nie był nam pomyślny i zygzakiem posuwaliśmy się w zadanym przez kapitana kierunku. Po kilkunastu godzinach dosyć monotonnej żeglugi dotarliśmy pod czoło kolejnego lodowca. Tutaj zeszliśmy na ląd, mając w rękach naładowane rakietnice, strzelbę oraz przygotowane aparaty fotograficzne. Tutaj bowiem, jak zapewniał kapitan, mieliśmy zobaczyć foki. Na początku okolica wydawała się zupełnie opuszczona przez wszelkiego zwierza. Jedynie raz po raz można było zobaczyć małą gromadkę ptaków. Podążaliśmy pod czoło lodowca, gdzie w pewnym momencie ujrzeliśmy pole lodowe, na którym wylegiwało się kilka fok. Pole to było niedostępne dla stworzeń typowo lądowych, oddzielał je od nas pas pół-roztopionego lodu, po którym wędrowanie mogłoby okazać się niemożliwe. Do tego pola prowadził wąśki przesmyk wody, łączący się z fiordem. Tu też zaczailiśmy się z aparatami licząć, że w końcu jakaś foczka zechce się z nami przywitać. Po kilku minutach, faktycznie zauważyliśmy kilka fok, podążających w kierunku przesmyku. Zamarliśmy więc w bezruchu, wiedząć, że te stworzenia są wyjątkowo płochliwe i nieufne.
Po kilku minutach nadpłynęła pierwsza foka. Udało się nam zrobić kilka zdjęć. Potem pojawiła się druga, która ku naszemu zaskoczeniu urządziła sobie sesję zdjęciową. Podpłynęła do stanowiska, na którym stał Piotr. Wynurzała się kilka metrów od niego dając sobie robić zdjęcia i wdzięcząc się przed obiektywem. Zazdrość nas rozsadzała, bo każdy chciał być jak najbliżej tych miłych stworzeń, żeby zrobić jak najlepsze ujęcie. Po dwudziestu minutach zdjęć i emocji usłyszeliśmy w krótkofalówce słowa naszego kapitana, nawołujące nas do powrotu na pokład jachtu. Zostało nam już niewiele czasu i ważne było, abyśmy o czasie zdążyli do portu.
Tak więc rozpoczęliśmy powrót. Kilka godzin żeglugi i byliśmy w porcie. Kapitan zacumował niedaleko pomostu, zarządził pakowanie. Podzieliliśmy się na grupy – w czasie gdy część z nas się pakowała, reszta mogła popłynąć pontonem na brzeg umyć się pod portowym prysznicem z ciepłą wodą. Gdy już się spakowaliśmy i dobiegła końca nasza toaleta, pożegnaliśmy się z kapitanem i opuściliśmy jacht, zataczając kółka pontonem. Jeszcze tylko złapać taksówkę i na lotnisko. Powrót okazał się łatwiejszy niż droga na Spitsbergen. Wracaliśmy wszak bez zbędnego balastu, zmęczeni tygodniem żeglugi w czasie niekończącego się dnia. Nasze głowy zaprzątnięte były miłymi wspomnieniami i tęsknotą przed drzemką we własnych łóżkach w domu…

____
Zapraszamy do czytania opisów z naszych wypraw nurkowych.
Mamy nadzieję, że lektura poniższych reportaży, zachęci Was do wspólnych nurków. Z przyjemnością opublikujemy również wasze relacje, zdjęcia i filmy z nurkowania. Prosimy o kontakt e-mailowy.