Austria 2009 [wyjazd rodzinno-nurkowy] – 18.05.-24.05.2009
To już czwarty rok, gdy wybraliśmy się na wyjazd nurkowo-rodzinny do Austrii. Ten wyjazd zawsze traktuję trochę jako urlop, który mogę spędzić z dziećmi, trochę jako odpoczynek od ciągłego szkolenia i nadzorowania nurków. Tak tez było tym razem.
Gdy przygotowywaliśmy się do wyprawy, skład zmieniał się dosyć dynamicznie. Początkowo z powodu braku chętnych wykreśliłem z kalendarza tę wyprawę, jednak tydzień później zadzwonił mój kolega z informacją, że on z rodziną i jego kompan ze swoją, chcą jechać do Austrii. Wziąłem to za dobrą monetę i zarezerwowałem pokoje. Pomyślałem, że jeśli zabiorę swoje dzieci i kogoś do pomocy przy nich, to będzie minimum, jakiego potrzebuję, żeby wypocząć. Zaskoczył mnie komunikat na 40 dni przed wyjazdem, że ów kolega wraz z rodziną jedzie w inne miejsce, co za tym idzie, druga rodzina też nie pojedzie. Co było robić, rozwiałem wici wśród znajomych, że mam masę wolnych miejsc i zaprosiłem do wyjazdu. Rezerwacji już nie mogłem zwolnić bez poniesienia kosztów. W zasadzie do ostatniego tygodnia nie miałem pełnego składu, a rezerwacje opłacone. Było kilka nurków, ale wciąż zostawały 2 łóżka niewykorzystane.
Jednak na tydzień przed wyjazdem, znalazł się chętny wraz z córką i w ten sposób dopiąłem grupę. Nie ukrywam, że byłem zadowolony. Grupa bowiem była typowym przykładem właśnie rodzinnego składu, gdzie dzieciaki w podobnym wieku miały szanse na wspólną zabawę, a nurków było akurat tyle ile potrzeba żeby mieć komfortowe nuranie.
Wyjechaliśmy w poniedziałek po południu. Zapakowani w busa, z 2 psami na pokładzie i 6 osobami, pojechaliśmy autostradami do krainy jezior alpejskich. Reszta miała dojechać na drugi dzień. Podróż przebiegała bez żadnych utrudnień, nurkowóz dał z siebie wszystko, a my w dosyć dobrej kondycji dojechaliśmy do celu w około 10 godzin. Na miejscu zostaliśmy powitani przez gospodarzy, dostaliśmy klucze do naszego lokum i szybko położyliśmy się spać, żeby odespać trudy podróży.
Wstaliśmy około południa. Na stole w jadalni było przygotowane śniadanie dla wszystkich. Nie spiesząc się zjedliśmy to, co gospodyni nam przygotowała, potem oddaliśmy się lenistwu i zabawom z dziećmi. Po południu pojechaliśmy nad Attersee zanurkować po raz pierwszy na tym wyjeździe.
Pierwsze nurkowania zazwyczaj robię w miejscu znanym „Kohlbauernaufsatz”. Jest to nurkowisko o zróżnicowanym stopniu trudności, zarówno dla początkujących nurasów jak i bardziej zaawansowanych. Wejście znajduje się w dosyć wygodnej lokalizacj. Trawiaste wybrzeże z ławami i stołami do siedzenia ma 4 zejścia w formie schodów i jedno wejście po żwirowej plaży. Nurkując w lewo można zobaczyć liczne pale i pozostałości konstrukcji drewnianych. W lewo też znajduje się najwięcej atrakcji dla nurkowań nocnych. Płynąc w prawo, około 18 metra głębokości spotykamy ściankę o długości około 100m, opadającą do dna, tj. 32m. Na ściance miejscowi umieścili kilka figurek krasnali i różnych zwierząt. Pomiędzy nimi spotkać można miętusy. Na dnie zaś spoczywają dwie zatopione łodzie, połączone liną poręczową. Na jednej z nich znajduje się drewniany wychodek z przyczepionym lustrem. Takie to atrakcje, ale jak na pierwsze nurkowani są w zupełności wystarczające.
Poszedłem więc z Darkiem – kolegą z licznych safari, na inauguracyjne zejście pod wodę. Darek długo nie nurkował, miał nową konfigurację sprzętu i taki wspólny nureczek, jak się potem okazało, pozwolił nam na usunięcie wszelkich nieprawidłowości w jego konfiguracji. Okazało się bowiem, że jego suchar ma lekko wyrobiony zawór wylotowy i trzeba go całkowicie domknąć, żeby trzymał powietrze. Zanim doszliśmy do tego wniosku, walka z pływalnością i wyważeniem trwała ładnych kilka minut. Ponadto okazało się, że zabrany balast był za ciężki i trzeba było co chwila naciskać inflator, a nawet niewielka zmiana głębokości powodowała konieczność opróżniania worka wypornościowego. Walka pod woda była więc nieunikniona. Po 20 minutach nurkowania, flaszeczka Darka pokazywała rezerwę, więc zakończyliśmy nurkowanie. Na następne zejście zdjęliśmy 4 kg obciążenia i poprawiliśmy zawór wylotowy. W efekcie wszelkie problemy sprzętowe zostały w ten sposób zażegnane.
W nocy dojechał drugi samochód z czterema osobami na pokładzie. Jechali trochę długo, a to za sprawą nawigacji, która w Czechach zboczyła z autostrady i ostatnie 400 km poprowadziła ich po lokalnych drogach. Finalnie wszyscy jednak dotarli. Niestety, druga grupa długo sobie nie pospała. Rudy wiedziony swoimi nawykami do porannego wstawania upierdliwie pobudził wszystkich, tak więc dzień płynął w senno nużącej atmosferze popodróżnej. Wieczorem zdecydowaliśmy się na kolejnego nureczka. Odbyliśmy go w tym samym miejscu.
Jak już pisałem wcześniej, z uwagi na łatwy dostęp do wody i dużą wygodę, wybieram to miejsce na „check dive”. Poprzednie zejście z Darkiem rozwiązało jego problemy sprzętowe. Tym razem jego nur odbył się bez żadnych niespodzianek. Odmiennie wyglądało to w grupie, która dojechała. Na wstępie Rafałowi pękł pasek od maski, a jak już ogarnęliśmy uszkodzenie za pomocą solidnego supełka na gumce, okazało się, że ma problemy z wyrównaniem ciśnienia w uszach. Dla niego nurkowanie to skończyło się w ósmej minucie od zanurzenia….. My poszliśmy przetartym szlakiem opadając przy ściance, odwiedziliśmy podwodny wychodek z wyciętym serduszkiem na drzwiach i już po 30 minutach byliśmy na powierzchni.
Po wyjściu na powierzchnię zastaliśmy sfazowanego Rafała, siedzącego na ławce, z miną dosyć nieciekawą. Cóż było robić, postanowiłem wymienić butelke i zejść jeszcze raz pod wodę razem z nim. Ubraliśmy się, przedreptaliśmy do wody, gdzie dokończyliśmy ubierać maseczki i płetwy. I tutaj znów niespodzianka sprzętowa. U Rafała pękła ramka maski…… Chyba ta maska miała już dosyć nurkowania i marzyła o o dejściu na emeryturę. Została więc pogrzebana w pobliskim śmietniku, a my nurkowaliśmy na zapasowej maseczce. Nur tym razem okazał się bardzo relaksujący, bez przygód i niespodzianek. Po pół godzinie spotkaliśmy się na powierzchni, z zadowolonymi buziami. Stres poszedł sobie gdzieś w nieznane :-)
Wróciliśmy do domu i oddaliśmy się w ręce Morfeusza.
Ranek powitał nas słoneczkiem i bezchmurnym niebem. Po śniadaniu postanowiliśmy udać się na pobliskie jezioro – Wolfgangsee, zobaczyć gdzie tam raki zimują. Dojechaliśmy na miejsce w pół godziny. Tu okazało się, że przyjechało tak wielu nurków z rodzinami, że nie mogliśmy znaleźć miejsca do parkowania. Jakoś udało się wcisnąć samochody na pobliskim trawniku. Zaczęliśmy się ubierać w sprzet. Zrobiliśmy odprawę i weszliśmy do wody. Podczas zanurzenia Monika miała problemy z uchem. Zostaliśmy na głębokości 4m. czekając aż Monika się ogarnie. W pewnym momencie straciliśmy z nią i jej partnerem kontakt wzrokowy. Po minucie postanowiliśmy się wynurzyć. Na powierzchni nikogo nie było. Postanowiłem wygramolić się z wody i zobaczyć, czy nie czekają przy samochodzie. Tam ich też nie było. Poczekaliśmy więc całe 25 minut na powierzchni, zastanawiając się czy poszli samotnie na nureczka, czy może coś się stało. I już w momencie, gdy Rudy miał zacząć skręcac zestaw tlenowy, pojawili się ONI. Okazało się, że w wyniku niemożności wyrównania ciśnienia wynurzyli się na powierzchnię. Tam czekali chwile na nas, nie widzieli naszych bąbli, więc stwierdzili, że popłynęliśmy bez nich. Podjęli więc decyzję, że nurkują samodzielnie, a z nami pogadają poważnie po wyjściu. Porównując nasze komputery okazało się, że zanurzyli się powtórnie dokładnie w tym samym momencie, gdy my wyszliśmy na powierzchnie, żeby na nich poczekać. Minęliśmy się o sekundy. Rozklarowaliśmy sprzęt. Nie było sensu schodzic ponownie, gdyż masakryczna ilość nurkó w tym miejscu znacznie wpływała na obniżenie wizury pod wodą i zgodnie uznaliśmy, że fajnie będzie udać się na obiadek. Pojechaliśmy więc do sklepu, a wieczorem usmażyliśmy steki. Dziecie w tym czasie skorzystały chodząc na pobliskie szlaki dla najmłodszych, bowiem w okolicy jest ich kilka.
Następnego dnia padało od rana. Postanowiliśmy więc pojechać zwiedzać jaskinie lodową u podnóża Dachsteinu. Najpierw podjechaliśmy do jeziora Gossau zobaczyć jakie tam panują warunki i czy mamy ochotę tam się zanurzyć. Okazało się że spuszczono około 10 m. wody z jeziora, wszelkie platformy stały sobie wysoko nad wodą. Przejrzystość tego akwenu też nie była najlepsza. Zarzuciliśmy więc pomysł nurania i pojechaliśmy do jaskinii. Czekał nas wjazd kolejką linową na wysokość ponad 2000metrów. Po drodze wyszło piękne słońce i poprawiła się aura. Wjechaliśmy więc w promieniach słoneczka. Na górze dzieci miały sporą radochę z zalegającego tam śniegu, rzucały się śnieżkami i chodziły po nim zapadając się po kostki. Po krótkim spacerze doszliśmy do wejścia jaskinii lodowej. Wchodząc do niej powiał chłodny wiatr. Dobrze, że zabraliśmy ze sobą ciepłe ubrania. Dzieciaki powoli zaczęły przypominać cebulki – z wieloma warstwami na sobie :-) Spacer wewnątrz góry trwał prawie godzinę. Przewodnik przystawał co chwila opowiadając ciekawostki na temat struktury, wieku i dynamiki tej jaskinii. W niektórych miejscach lód osiągał 25 metrów głębokości, w innych tworzył przepiękne kształty i formy. Wycieczka ta pozostanie na długo w naszych głowach.
Wyszliśmy na zewnątrz w miejscu, w którym ponad 100 lat temu wszedł do środka odkrywca tego miejsca. Po wyjściu przywitała nas deszczowa aura. W stróżkach deszczu powróciliśmy do stacji kolejki linowej. Weszliśmy do wagonika. Na horyzoncie widac było bardzo ciemne chmury i ciemną zasłonę deszczu. Nie wróżyło to nic dobrego. Wagonik ruszył i po niespełna minucie jazdy zatrzymał się. Włączył się bowiem alarm mówiący o nadchodzącym silnym wietrze. Po zboczach góry pięły się w iście sprinterskim tempie porozrywane języki chmur. W pewnym momencie wagonik ruszył w drogę powrotną do stacji. Nie zdążył dojechać do peronu, gdy uderzył w niego pierwszy porywisty podmuch wichury nadchodzącej z dołu. Po kilku sekundach wagonik stanął znów, lekko rozbujany podmuchami. W pewnym momencie rozległ się głośny stukot ulewy gradowej. W wagoniku słychac było przestraszone głosy turystów. Kolejka ruszyła wolno z powrotem na peron. Obijając się raz po raz o gumowe ochraniacze na ścianach wjechał i zaparkował wypuszczając podenerwowanych turystów. Weszliśmy do budynku. Po jakiś 15 minutach wiatr ustał i wpuszczono nas znów do wagonika. Tym razem nasza podróż odbyła się bez zakłóceń.
Wróciliśmy do domu, jedząc po drodze pizzę w pobliskiej restauracji. Po obiedzie zabraliśmy sprzęt i poszliśmy na nureczka. Nasze nuranie odbyło się w Attersee, w miejscu o nazwie OFEN(kuchenka do gotowania). Tam na 6 metrach leży łaśnie jakas stara kuchenka, obok jej komin i stara łódka. Dno schodzi dosyć ostro. Po około dwóch minutach płynięcia rozpoczyna się ścianka, która opada na głębokości przez nas nieosiągalne. Ale powoli. Zaczęliśmy nurkowanie w 5 osobowym zespole. Zakładaliśmy głębokie nurkowanie. Monika miała kłopoty z wyrównaniem ciśnienia w uszach, co spowodowało kłopoty z pływalnością i zdenerwowanie. Podjęliśmy więc pod woda decyzję, że wraz z partnerem nie będą schodzić głębiej z nami, ale wypłycą się trochę i zrobią samodzielnego nureczka na płytszej wodzie. My poszliśmy głębiej. Poniżej 40 metra powitała nas świetna, kilkudziesięciometrowa przejrzystość. Widok ścianki w panoramie był miły dla naszych oczu. Skręciliśmy w prawo i rozpoczęliśmy powolne wynurzenie. Po drodze spotkaliśmy zalegające kłody drewna, durze pnie drzew i inne formy na dnie. Nurkowanie było bardzo ekscytujące i przyjemne. Wynurzyliśmy się praktycznie wszyscy razem. Jak się okazało, pierwsza para tez miała przyjemne nurkowanie. Przebraliśmy się i wróciliśmy do domu w pozytywnych humorach.
Wieczorem nasi gospodarze zaprosili nas do stołu na poczęstunek i pogadankę… Opowiadaliśmy im o tym, co jest tutaj pod wodą, oni o swoim stylu życia, o lokalnych zwyczajach. Potem przenieśliśmy się do naszego saloniku ustalić plan nurkowania na dzień następny.
Podzieliliśmy nasz zespół na 2 grupy. Pierwsza zaplanowała nurkowanie bezdekompresyjne na głębokośc do 40m., druga nurkowanie dekompresyjne na 50 metrów z 10 minutowym czasem dennym. Przygotowaliśmy sprzęt, rozpisaliśmy plan nurkowania na tabliczkach, przygotowaliśmy nitroks na dekompresję i rozeszliśmy się po pokojach spać.
Ranek znów powitał nas słoneczkiem. Dzieci zadecydowały, że chca iśc na wesołe miasteczko. Odłożyliśmy więc nurkowanie na popołudnie. Pojechaliśmy na wesołe miasteczko. Tam spędziliśmy cztery godziny korzystając z licznych atrakcji – od domu strachów i rejsu po sadzawce a na mini gokartach i kolejce górskiej skończywszy.
Wracając do domu odbiliśmy do Salzburga na godzinne zwiedzanie starówki i miejscowych atrakcji. Zawsze jak tam jestem urzeka mnie urok miejscowego cmentarzyka z kościołami przyklejonymi do przylegającej skały. Odwiedziłem więc znów to miejsce. Wracając zatrzymaliśmy się przy kole młynu wodnego na małą sesję fotograficzną.
Po odwiezieniu juniorów do domu zapakowaliśmy sprzęt do auta i udaliśmy się znów na OFEN na naszego zaplanowanego nureczka. Na miejscu okazało się, że w miejscu wejścia roztawili się wędkarze z ośmioma wędkami. Dzięki Bogu zarzucili w kierunku, który nie kolidował z naszym nurkowaniem. Zaczęliśmy więc zgodnie z planem. Pod wodą nie mieliśmy większych problemów, a te, które się pojawiły rozwiązywaliśmy bezpiecznie. Nurkowanie trwało 41 minut i moim zdaniem było najfajniejszym podczas całego wyjazdu. Spakowaliśmy się i wróciliśmy do domu. Jutro wyjazd, więc trzeba się pakować.
Na kwaterze stwierdziliśmy z Darkiem, że pozostało nam sporo jedzenia w lodówce. Zabraliśmy się więc do czyszczenia jej i słodkiego obżarstwa. Poszły w ruch widelce i łyżki, pyszne jogurty i inne ciekawostki lądowały w naszych brzuszkach podkreślając zadowolenie z mijającego dnia. Poszliśmy spać….
Ostatni dzień okazał się być pogodnym i ciepłym. Pakowanie pierwszego samochodu poszło sprawnie, drugi natomiast ze sprzętem, trzeba było zatowarowywać ponad półtorej godziny. W wyniku tego ruszyliśmy w droge powrotnę po trzynastej. Pożegnaliśmy się w bazie nurkowej i pojechaliśmy do Wiednia. Tam odbyliśmy krótki spacer i odwiedziliśmy MacDonalda, bo dzieciaki domagały się właśnie tego.
Drogę do Polski pokonaliśmy przez Słowację. Jak się okazało potem, nie był to najlepszy pomysł. Odcinek pomiędzy Żliną a Bielskiem jest w większości w przebudowie, a jakość nawierzchni powodowała, że z naszych ust mało co nie wypadały plomby – wypadały jednakże liczne niecenzuralne słowa….
Do domu dotarłem o drugiej w nocy, po odwiezieniu wszystkich pasażerów.
Za rok tez wrócę w to samo miejsce.

____
Zapraszamy do czytania opisów z naszych wypraw nurkowych.
Mamy nadzieję, że lektura poniższych reportaży, zachęci Was do wspólnych nurków. Z przyjemnością opublikujemy również wasze relacje, zdjęcia i filmy z nurkowania. Prosimy o kontakt e-mailowy.