Malta – wyjazd rodzinno-nurkowy – 16.09.2009 – 23.09.2009
Wylądowaliśmy na Malcie około 10 rano szesnastego września. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać po tym miejscu, było pochmurno i dżdżysto, a z uczestników wyprawy nikt nie spał dłużej niż 2-3 godziny. Z hali przylotów wyszliśmy po pół godzinie od lądowania. Na zewnątrz czekał na nas autokar i ciepły letni deszczyk. Po krótkiej jeździe przybyliśmy do hotelu San Pabl. Pokoje w hotelu miały być gotowe od dwunastej, więc w oczekiwaniu na klucze poszliśmy położyć się na leżakach, koło basenu. Było parno i ciepło, zmęczenie po podróży i głód wygoniły mnie poza hotel w poszukiwaniu pożywienia. Nie zostałem jednak wygoniony jakoś za daleko, po przejściu dziesięciu metrów natknąłem się na pub, w którym poza wszelkiej maści alkoholami (mniam), podawali też pizzę, steki i kanapki. Nie wiele myśląc zamówiłem pizzę, kawę i herbatę.

Niespełna godzinę później, z pełnymi brzuchami zalegliśmy w naszych łóżkach, w pokojach hotelowych. Zbiórkę wyznaczyła nam pora obiadu – osiemnasta, tak więc mieliśmy sporo czasu na labę po podróży i przystosowywanie się do miejscowego, parnego klimatu.
Pogoda na Malcie ma to do siebie, że często się zmienia. Już po kilku godzinach od naszego lądowania zaznaliśmy pierwszych słonecznych kąpieli. Część z nas na leżakach przed hotelowym basenem, a część podczas spacerów po okolicy. Zrobiliśmy kilka fotek powitalnych i pod wieczór wylądowaliśmy w restauracji hotelowej na jedzonku.
Malta do niedawna była pod zarządem anglików, wiele więc zwyczajów – tych żywieniowych też – jest charakterystycznych dla wyspiarzy. Można powiedzieć, że to miejsce obfituje we wszelkiego rodzaju miksy międzykulturowe – od brytyjskich akcentów poprzez włoskie klimaty, a skończywszy na nutce kultury arabskiej. Ten miks można zauważyć w restauracjach przeglądając menu, można usłyszeć wsłuchując się w melodię maltańskiego języka. Na dzień dobry miejscowi wołają „bon dżiu” a dziękując za coś mówią „graci”. Jeśli mają coś policzyć, to używają alfabetu arabskiego. Widać wyraźnie, że kraj ten znajdował się niejednokrotnie pod wpływami różnych kultur.
Pierwszy dzień skończyliśmy w knajpce naprzeciwko hotelu (tej samej, w której jedliśmy poranną pizzę), rozmawiając o tym i owym i wymieniając się pierwszymi spostrzeżeniami na temat Malty.
Drugiego dnia wycieczki spotkaliśmy się na śniadaniu punktualnie o 7.30 w hotelowej restauracji. Śniadania i obiadokolacje tutaj serwowane były w formie bufetu szwedzkiego, każdy więc mógł sobie wybrać coś dla siebie. Moim ulubionym daniem były jajka sadzone na bekonie i kilka pieczonych pomidorów. Braliśmy też po kilka jajek, które później używaliśmy do karmienia rybek, albo jako małą przekąskę pomiędzy nurkowaniami.
O ósmej przed hotelem stał samochód z bazy nurkowej, a w zasadzie kilka samochodów. Powitała nas drobna blondynka o wypalonych słońcem jasnych włosach, mówiąca po polsku. Była to nasza Divemasterka z bazy – Elka – poznanianka studiująca w Wielkiej Brytanii, a odbywająca tutaj swoje praktyki studenckie. Był też właściciel bazy i główny instruktor – Hubert, drugi z naszych podwodnych przewodników, Maltańczyk.
Centrum nurkowe Seashell Dive Cove – jest to centrum PADI o statusie 5* IDC. Baza dobrze wyposażona, gotowa obsługiwać zarówno małe jak i duże grupy nurków. Można tutaj nurkować rekreacyjnie i technicznie.
Nasze pierwsze nurkowania zrobiliśmy z brzegu, w miejscu o nazwie Cirkeewa – cypelku wysuniętym najdalej w kierunku wysp Gozo i Comino. Z tego cypelka po jednej stronie jest terminal dla promów wypływających na Gozo, z drugiej zaś strony jest jedno z najbardziej znanych miejsc do nurkowania na Malcie. Pierwsze nasze zejście to był tak zwany check dive. Wyważyliśmy się i poszliśmy na nureczka w poszukiwaniu przyjemnych doznań. Od razu zauważyłem, że miejscowi nurkują głęboko, dotykając granic dla nurkowania rekreacyjnego. Nasza grupa została podzielona na 3 zespoły grupa z OWD, i 2 grupy zaawansowanych nurków. Początkujący byli prowadzeni przez Elkę, reszta przez Huberta. Ja prowadziłem trzecią grupę, ale pozostawałem w zasięgu wzroku z grupą Huberta. Nie znałem okolicy, a miejsce nie jest łatwe do nawigowania. Skała zwana „rafą” przez miejscowych nurków, opadała w sposób nieregularny. Były pojedyncze bloki skalne o wielkich rozmiarach, urwiska i łachy piachu, na których leżały porośnięte miękkim koralowcem głazy. W tym labiryncie skalno rafowym, w różnych miejscach znajdowały się atrakcje dla nurków. Po dwudziestu minutach slalomu zobaczyliśmy łuk skalny, pod którym przepłynęliśmy. Był to też nasz punkt powrotu. Potem znaleźliśmy komin o długości kilkunastu metrów, przez który przepłynęła cała grupa. Nasz przewodnik zmieniał co chwilę kierunek i głębokość tak, abyśmy mogli zobaczyć jak największą ilość grotek, dziurek i przesmyków. Kilka razy już miałem wrażenie, że zgubiłem się, gdy Hubert pojawiał się z zupełnie innej strony pokazując dalszą drogę. Po niespełna godzinie dopłynęliśmy do punktu wyjścia.
Po godzinnej przerwie powierzchniowej zmieniliśmy butle i popłynęliśmy na nurkowanie numer dwa – na wrak łodzi, który wśród miejscowych nosi nazwę P29. Jest to wrak leżący na dnie od kilkunastu lat na głębokości około 37 metrów, ale pokład znajduje się na 33 metrach. Najpierw 8 minut płynęliśmy na 6ciu metrach w toni według kompasu. W ósmej minucie dostrzegliśmy zarys statku i rozpoczęliśmy opadanie na wrak. Stoi on na stępce , skierowany rufą do brzegu. Widać śruby, ster, można wpłynąć na mostek kapitański. Na wraku pierwszy raz odczuliśmy termoklinę, była ona na 30 metrze głębokości. Temperatura wody przy powierzchni oscylowała w okolicy 26 stopni, pod termokliną spadała do 21. Po obejrzeniu wraku ruszyliśmy w drogę powrotną. Trzeba było wykonać dłuższy przystanek tak, aby nasze komputery wyzerowały się i pozwoliły na bezpieczne wyjście z wody.
Po udanych nurkowaniach wróciliśmy do bazy opłukać sprzęt i potem do hotelu na obiadokolację. Wieczór spędziliśmy spacerując po okolicznych sklepach.
Następnego dnia rozpoczęliśmy znów o 7.30. Punktualnie o ósmej czekały na nas samochody z bazy. Dziś mieliśmy nurkowanie z łodzi, na wyspie Cominotto.
Przed bazą czekała na nas przycumowana łódź motorowa o nazwie GALAXY – jest to jednośrubowa szybka motorówka na około 15 osób. Rozpędziliśmy się do 29 węzłów i z taką prędkością pomknęliśmy wzdłuż Malty, mijając Cierkaawę i terminal promów, a w kilka minut później osiągnęliśmy wyspą Comino i sąsiadującą z nią Cominotto. Pierwsze zejście wykonaliśmy właśnie przy Cominotto, zanurzając się w długim kominie skalnym, przechodzącym w swoim głębszym odcinku w szeroką jaskinię. Potem czekał nas przyjemny spacer po podwodnym głazowisku porośniętym miękkim koralowcem. Na łąkach podwodnej trawy widzieliśmy wiele skorpen, a na skałach pojawiały się turkusowe ślimaki nagoskrzelne. Pod koniec wycieczki nasz przewodnik odnalazł kraba na kamieniu i bawił się z nim kilka chwil. Mogliśmy sfotografować go „jak na dłoni”. Był to gatunek kraba do złudzenia przypominający skałę porośniętą koralowcami, tak, że niewprawne oko nie odróżniło by go od otoczenia.
Po wyjściu z wody kapitan łodzi zawiózł nas do laguny łączącej Comino i Cominotto. Miejsce to nosi nazwę „Blue Lagoon” i jest naprawdę BLUE. Z otaczających nabrzeży roztaczał się przepiękny widok błękitnej wody, wystających z niej klifów i łódek zacumowanych dookoła. Część z nas skorzystała z okazji i wskoczyła do wody, reszta poszła na krótki spacer po wyspie. Na Comino jest niewiele domów, w zasadzie to można je policzyć na palcach obu rąk. Tutaj cumują żaglówki przepływające z Malty na Gozo, przypływają też turyści chcący doświadczyć kąpieli w błękitnych wodach laguny.
Innych atrakcji turystycznych tutaj nie ma, może za wyjątkiem pozostałości po umocnieniach wojennych i nie licząc wież warownych na dwóch krańcach wyspy. Całą wyspę można obejść w niespełna godzinę.
Po przerwie znów weszliśmy na łódź i odpłynęliśmy na drugie nurkowanie. Było ono na wraku łodzi, o nazwie P31. Jest to jednostka zatopiona pomiędzy wysepkami, specjalnie dla potrzeb turystyki nurkowej. Dno osiąga 21 metrów głębokości, zaś sam wrak można penetrować w zakresie do 18 metrów. Jest on więc osiągalny zarówno dla nurków zaawansowanych jak i początkujących. Tutaj mogliśmy też nurkować w parach bez Divemastera, więc tak też uczyniliśmy. Wrak ten okazał się wspaniałym miejscem do fotografii podwodnej, wypstrykaliśmy więc kilkadziesiąt zdjęć zarówno z zewnątrz jak i w środku statku. Po około godzinie zakończyliśmy nurkowanie i wróciliśmy naszą łodzią do bazy.
Wieczorem, po kolacji poszliśmy całą grupą na skalisty brzeg nieopodal naszego hotelu, gdzie integrowaliśmy się popijając różne płyny w plastikowych kubeczkach. Naszym rozmowom wtórował szum rozbijających się fal, a z góry spoglądały na nas gwiazdy maltańskiego nieba. Lekki wiatr z nad morza owiewał nas dając miłe relaksujące wrażenie. Po dwóch godzinach ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża poszukać miejscowych atrakcji. Znaleźliśmy je obok na torze dla elektrycznych samochodzików i kilkadziesiąt metrów dalej skacząc na trampolinie. Było wesoło aż do późnych godzin nocnych. Do hotelu wróciliśmy grubo po pierwszej.
Następnego dnia zamówiliśmy śniadanie na 7.15. Odjazd z hotelu mieliśmy zaplanowany o 7.45. Dziś naszym celem było nurkowanie na wyspie Gozo, w miejscu zwanym Blue Hole oraz Inland Sea.
Gozo jest znacznie mniejszą wyspą od Malty. Nasz cel podróży znajdował się w najdalszym miejscu wyspy, i jak się okazało pokonaliśmy ten dystans w niecałe dwadzieścia minut, telepiąc się po dziurawych drogach. Na samej wyspie panuje trochę większy chaos w porównaniu z Maltą. Drogi są gorzej oznakowane, miejsca parkingowe nie są jasno wyznaczone i nie zanjąc lokalnych praw łatwo zapłacić tu mandat za złe parkowanie. Doświadczyliśmy tego w drugim tygodniu pobytu, zwiedzając obydwie wyspy samochodem. Gozo jest też odrobinę droższe od Malty. Trudniej jest płacić tu kartami kredytowymi.
Jeśli chodzi o samo nurkowanie, to wyspa ta obfituje w interesujące miejsca do nurkowania z brzegu. W odróżnieniu od Malty nie ma tu wraków, zaś jest więcej grot i jaskiń, a woda często bywa bardziej przejrzysta niż na drugiej wyspie. Jadąc więc na nurkowania z brzegu można pokusić się o spędzenie całego tygodnia na tej wyspie, ale jeśli chce się nurkować na wrakach i mieć bardziej zróżnicowane doświadczenia, lepszym rozwiązaniem jest pozostanie na Malcie i spędzenie tylko jednego czy dwóch dni na Gozo.
Blue Hole i Inland Sea to sztandarowe miejsca na tej wyspie. Podwodny łuk Blue Hole rozpoczyna się już na siedmiu metrach głębokości. Zbliżając się do dna wpływamy do dużej groty, gdzie swobodnie mieści się znacznej wielkości grupa nurkowa. Jest tu piaszczyste dno, w świetle latarki widać kilkadziesiąt ryb szukających tu miejsca do odpoczynku. Po kilku minutach wypływamy z groty kierujemy się do ogromnego łuku skalnego, który opływamy dookoła osiągając głębokość około 30 metrów. Przewodnik poprowadził nas następnie do syfonu rozpoczynającego się na około 20 metrach i kończącego w podwodnej jamie gdzieś 5 metrów pod powierzchnią wody. Pływając tu miało się wrażenie błądzenia w podwodnym labiryncie pełnym grot, zagłębień, podwodnych łuków skalnych i tuneli. Zakończyliśmy wycieczkę znów w Blue Hole, kilkuminutowym przystankiem bezpieczeństwa.
Tym razem zrobiliśmy sobie półtoragodzinną przerwę powierzchniowa. Mogliśmy zjeść lunch w miejscowej kafejce. Ja poszedłem do Inland Sea zobaczyć czym różni się to miejsce od Blue Hole i zrobić kilka fotografii. Wyglądało to trochę jak jezioro, odgrodzone wysokim klifem od morza. Pośrodku tego klifu znajduje się wielka grota, przez którą można przepłynąć na otwarte morze. To miejsce przyciąga rzesze turystów, którzy za kilka EURO kupują wycieczkę łódką motorową właśnie z jeziorka, na zewnątrz, poprzez tę wielką grotę. Głębokość na dnie przesmyku osiąga ponad dwadzieścia metrów i jest to kolejne znane miejsce nurkowe na Gozo.
Nasze drugie zejście rozpoczęło się ponownie w Blue Hole. Nie wspomniałem, że żeby zanurkować, trzeba wpierw przejść się po skałach, schodach i rozpadlinach, w sprzęcie nurkowym, około 300 metrów. Zanim doszliśmy, wszyscy byli mocno rozgrzani, więc wejście do wody było naprawdę zbawienne i bardzo przyjemne. Zeszliśmy w Blue Hole, tym razem bez zwiedzania podwodnej groty, ruszyliśmy na wycieczkę w kierunku Inland Sea. Nurkowanie trwało około godzinę. Po drodze wpływaliśmy w gigantyczne groty i zagłębienia skalne. Niekiedy półmrok i świetna przejrzystość wody sprawiały wrażenie jakby latało się przy monstrualnych skałach, nie w wodzie a w powietrzu. Doznawałem wrażenia jakby nie było wody. Po czterdziestu minutach wpłynęliśmy w bardzo szeroki korytarz, z dnem na dwodzietu kilku metrach. Przemieszczaliśmy się w kierunku ciemności mając daleko przed oczami błękitną poświatę odległego końca tunelu. Ten jaśniejszy punkt wydawał się być niewielki i odległy, z czasem jednak powiększał się i po kilku minutach poruszania się w jego kierunku urósł do gigantycznych rozmiarów. Przed nami było bowiem wyjście z tego podwodnego korytarza. Zbliżając się do niego spotkaliśmy kilkunastu nurków płynących w przeciwnym kierunku – widok był fascynujący – tłum jak na chodniku w centrum wielkiego miasta. Za chwilę osiągnęliśmy głębokość przystankową i po kilku minutach wyszliśmy z wody w Inland Sea.
Powrót do domu przebiegał w atmosferze wspomnień po dzisiejszych znurkowaniach, z uśmiechami na ustach. To był udany dzień. Po drodze kilkoro z nas zostało w mieście Rabat, postanowili pozwiedzać trochę zabytków i miejscowych atrakcji, aby wieczorem wrócić samodzielnie do hotelu.
Następny dzień to były ponownie nurkowania z łodzi. Tym razem czekała na nas inna jednostka, większa i bardziej ekskluzywna. Była to łódź z dwoma pokładami, barkiem, toaletą, dobrym nagłośnieniem i luzacką atmosferą. Na pokładzie było trzech członków załogi. Popłynęliśmy na Comino. Pierwsze zejście odbyło się w miejscu zwanym Lantern Point – obok cypelka z małą latarnią morską. Pod wodą były półki skalne, jak zwykle korytarze wewnątrz rafy i liczne groty i jaskinie. Połowę naszej drogi spędziliśmy przy pionowo opadającej ścianie na głębokość wykraczającą poza nasz zasięg wzroku. W tym miejscu ponoć zdarza się dużo wypadków, kiedy nurkowie opadają na odległy jasny piach nie biorąc pod uwagę wspaniałej przejrzystości wody i dużych głębokości. Łatwo zapomnieć tu o limitach bezdekompresyjnych i szybować w dół. Powracaliśmy na łódź nad półką skalną na 10 metrach, gdzie były wszechobecne łąki traw wodnych i wypoczywające wśród nich skorpeny. Nurkowanie nie było trudne, ale bardzo relaksujące.
Następne zejście mieliśmy w miejscu o nazwie Santa Maria Cave. Jest to grota po wschodniej stronie wyspy Comino. Nurkowanie zaczyna się przed klifem, gdzie gromadzi się spora ławica srebrnych rybek. W tym miejscu często pływają wycieczki turystów i dokarmiają je, co powoduje, że pod wodą otaczają nas ławice oczekujące na coś do jedzenia. Nasz przewodnik uprzedził nas o tym i zanim wskoczyliśmy do wody zabraliśmy ze sobą po kilka kromek chleba i jajek na twardo, które zakosiliśmy ze śniadania. Od razu otoczyły nasz chmary wygłodniałych i chlebożernych ryb. Jadły nam z ręki, raz po raz nie rozróżniając naszych palców od kawałków pieczywa. Było ich tak dużo, że niekiedy nie mogliśmy dostrzec siebie zza ściany ryb. Aparaty poszły w ruch. Po dziesięciu minutach zabawy popłynęliśmy do jaskinii. Była ona bardzo szeroka, ale przejścia nie były wysokie. Miało się wrażenie pływania pomiędzy warstwami skał, rozpadlinami podobnymi do tych, które występują w Cenotach – oczywiście w skali mikro. Przepłynięcie przez labirynt korytarzy zajęło nam kilka minut, poczym znaleźliśmy się po drugiej stronie skały. Powrót to było opłynięcie wyspy z zewnątrz. Tam znów spotkaliśmy nasze żarłoczne rybki i postanowiliśmy je ponownie nakarmić. Po kilku kilku chwilach od momentu rozpoczęcia zabawy z rybkami rozległ się dźwięk shakera naszego divemastera. Nie wiedziałem o co mu chodzi – sygnał do powrotu na łódź, czy co? Mieliśmy przecież jeszcze trochę powietrza! Ujrzałem w pewnym momencie nurków, trzymających w swoich rękach dwie butelki z zielonego szkła powiązane sznurkiem. Nurkowie ci płynęli w moim kierunku, a za nimi cała reszta naszej grupy. Wtedy sobie przypomniałem – miałem dziś urodziny! W tajemnicy przede mną grupa postanowiła uczcić moje święto pod wodą. Byłem zaskoczony i wzruszony do szpiku kości, nie spodziewałem się tego. Najpierw otworzyłem jedną z butelek a następnie przez kilkanaście minut piliśmy szampana pod wodą. Co chwila ktoś podpływał do mnie, żeby pociągnąć łyczka za moje zdrowie. Wyszedłem odurzony atmosferą, zaskoczeniem i wzruszeniem, oraz bąbelkami szampana. Na pokładzie kapitan odegrał „Happy Birthday” i rozdał drinki. Była piękna pogoda i świeciło słońce. Łódź popłynęła w kierunku bazy. Na miejscu wypakowano nasz sprzęt, ale pozostaliśmy na łodzi, kapitan postanowił nas odwieźć do naszego miasteczka, dzięki temu bawiliśmy się dalej na pokładzie, opróżniając drugą butelkę szampana i w szampańskich nastrojach. Do hotelu dotarliśmy w porze kolacji, zjedliśmy , odpoczęliśmy chwilę i około ósmej wieczór spotkaliśmy się obok hotelowego basenu. Tutaj bawiliśmy się do nocy, dziewczyny co i raz chodziły tańczyć kilkanaście metrów obok, gdzie na żywo śpiewał i grał miejscowy piosenkarz knajpiany. Atmosfera była na tyle rozrywkowa, że koło dwunastej kąpaliśmy się w basenie, ale niestety obsługa hotelowa poprosiła nas, żebyśmy jednak dali pospać innym mieszkańcom tego przybytku i nie korzystali z nocnych kąpieli, grzecznie więc skończyliśmy nasze party na leżakach, dyskutując o tym i o owym.
Następnego dnia rano obudziliśmy się z ciężkimi głowami. Oczywiście nie wszyscy, ale część z nas odpuściła sobie dziś nurkowanie. Pogoda nie była najładniejsza, wiał wiatr a na niebie pojawiło się sporo chmur. Dziś w planach mieliśmy nurkowanie z łodzi na wrak Emerial Eagle – promu spoczywającego na głębokości 40 metrów. Obok zatopionej figury Chrystusa. Ponownie skorzystaliśmy z GALAXY, nasz rejs odbył się w okolice hodowli tuńczyków.
Na Malcie znajduje się kilkanaście hodowli ryb. Są to nawodne farmy, gdzie w zatopionych klakach z siatki znajdują się tysiące ryb. Te klatki mają po 30-50 metrów średnicy, a ich głębokość dochodzi do 30 metrów. Obok miejsca, gdzie nurkowaliśmy dzisiaj, jest kilka takich klatek, gdzie hodują tuńczyki. Podobno całość odłowów trafia bezpośrednio do Japonii na sushi. W tych klatkach można też zanurkowań i cieszyć się pływaniem w ławicy kilkuset gigantycznych ryb, z których wiele osiąga wagę kilkuset kilogramów.
Zakotwiczyliśmy naszą łódkę nieopodal takiej hodowli i wskoczyliśmy do wody. Na „dzień dobry” zobaczyliśmy grotę opadającą wzdłuż linii dna na głębokość około 30 metró. Cała grupka przepłynęła przez nią. Za wyjściem spotkaliśmy wielkiego homara, a kilkanaście metrów dalej zobaczyliśmy zarys wraku. Emperial Eagle jest starszym wrakiem. Stoi na stępce – jak większośc malańskich wraków, jest jednak bardziej porośnięty i zniszczony. Na jego pokładzie znajduje się ogromna ilość ślimaków nagoskrzelnych o błękitno-neonkowym kolorze. Monika nazwała je haberkami. Wrak zwiedzaliśmy przez kilkanaście minut, wchodząc jednocześnie w dekompresję. Wynurzanie rozpoczęliśmy nieopodal figury Chrystusa, która z rozpostartymi ramionami patrzyła się do góry. Obok była nasza lina cumownicza, przy której odbyliśmy nasz przystanek dekompresyjny.
Na drugiego nurka udaliśmy się w miejsce, gdzie często można spotkać płaszczki. Było to płytkie miejsce, po naszym pierwszym nurkowaniu nie chcieliśmy schodzić głęboko. Zalegający w nas azot nie dałby nam możliwości bezpiecznego nurkowania w głębokim miejscu. Nasz ostatni nureczek dzienny przebiegał przy podwodnych łachach piachu, gdzie poza wrakiem małej łódeczki, schowaną ośmiornicą i małą płaszczką nie spotkaliśmy nic godnego uwagi. Pokręciliśmy się więc pod wodą i wyszliśmy na łódź. Po tym nurkowaniu mieliśmy pewien niedosyt(miało być ostatnim na tym wyjeździe) i postanowiliśmy zanurkować jeszcze raz po zmroku. Nasz nocny nureczek był w znanym nam miejscu – Cierkeewa. Tutaj zobaczyliśmy kilka ośmiornic, skorpen i ślimaków. Nocne zejście dopełniło naszą potrzebę podwodnych wrażeń. Zadowoleni wróciliśmy do bazy płukać sprzęt i spakować się z myślą o zbliżającym się wyjeździe.
Ostatni dzień na Malcie postanowiliśmy spędzic podróżując wynajętym klimatyzowanym busem. Nasz przewodnik zabrał nas o godzinie ósmej z hotelu i obwoził po najciekawszych miejscach. Pierwszym miejscem była katedra gdzieś pośrodku wyspy, która doświadczyła cudu boskiego, w czasach II Wojny Światowej. Otóż podczas jednego z nalotów wewnątrz katedry zebrała się grupa wiernych. Pilot zrzucił półtonową bombę trafiając w strop bazyliki. Bomba przebiła strop poczym wbiła się w podłogę nie eksplodując. Jej kopia znajduje się w jednym z kościelnych pomieszczeń, a całe zajście okrzyknięto mianem cudu. Drugim miejscem było „Nieme Miasto”. Jest to miasto niewielkich rozmiarów, w starej architekturze, pełne krętych malowniczych uliczek i niepowtarzalnego klimatu. Jego granicami są warowne mury, wznoszące się na kilkadziesiąt metrów wysokości. Z tych właśnie murów roztacza się piękny pejzaż maltański. Widać morze i okoliczne wioski i miasteczka.
Następnym punktem wycieczki była stolica Malty – Valetta. Jest ona otoczona murami, podobnie jak Nieme Miasto, jednak wewnątrz charakter tego miasta jest zdecydowanie odmienny. Przed główną bramą znajduje się pętla autobusowa. Można tu zobaczyć wszelkiego rodzaju autobusy maltańskie. Malta słynie ze swoich autobusów. Są to przeróżne pojazdy, pomalowane na żółty kolor. Stare sztuki nie wychodzą tu z użycia, a są pieczołowicie konserwowane. Pomiędzy nowoczesnymi pojazdami można zobaczyć prawdziwe zabytki, z różnymi, nieraz dziwacznymi chromowanymi atrapami. Ten widok to coś niepowtarzalnego, na tyle oryginalny, że każdy turysta odwiedzający to miejsce powinien to zobaczyć. Wewnątrz stolicy znajduje się kilka szerokich głównych ulic, obfitujących w ekskluzywne sklepy. Widać, że Valetta to centrum mody na Malcie, a patrząc na tłumy ludzi na ulicach uniesposób zauważyć, że jest to też główna atrakcja dla przyjezdnych. Z murów Valetty można obserwować otaczający piękny krajobraz obfitujący w budynki i warownie z zamierzchłych czasów, a pomiędzy nimi nierzadko przepływają gigantyczne okręty i statki pasażerskie. Valetta jest bowiem również centralnym i głównym portem międzynarodowym.
Po półtoragodzinnej przerwie udaliśmy się w dalszą podróż, na naszym celowniku znalazł się najbardziej odległy port-miasto, Marsaklox. Jest to miasteczko portowe, gdzie w zatoce cumują dziesiątki różnokolorowych kutrów rybackich. Na brzegu znajduje się spory targ z licznymi pamiątkami.
Zwiedzając Maltę odwiedziliśmy jeszcze miejsce zwane Blue Grotto – obszar ogromnych klifów nadmorskich, z kryształowo czystą, błękitną wodą, gdzie w czasie półgodzinnej wycieczki łodzią wpływaliśmy do ogromnych grot i zagłębień skalnych, przepływaliśmy pod gigantycznymi, monstrualnymi łukami kamiennymi. Był to niesamowicie relaksujący rejs, a wspomnienia z niego pozostaną długo w mojej pamięci. Na koniec zatrzymaliśmy się w okolicy wykopalisk, gdzie część z naszej grupy odwiedziła pozostałości najstarszej znanej osady ludzkiej, której historia jest datowana na kilka tysięcy lat.
Dzień zakończyliśmy nad brzegiem basenu, po sytej kolacji.
Następnego dnia rano obok naszego hotelu przyjechał po naszą grupę autokar, skąd zabrał nas na lotnisko. Pożegnaliśmy Maltę, pozostawiając w pamięci wspomnienia przepięknych miejsc, super nurkowań, gościnnych i miłych ludzi i niepowtarzalnej atmosfery. Malta to miejsce, dokąd będę chciał wracać raz na jakiś czas.
Piotr Kędzia-Stępkowski

____
Zapraszamy do czytania opisów z naszych wypraw nurkowych.
Mamy nadzieję, że lektura poniższych reportaży, zachęci Was do wspólnych nurków. Z przyjemnością opublikujemy również wasze relacje, zdjęcia i filmy z nurkowania. Prosimy o kontakt e-mailowy.