Nurkowanie podlodowe – rozpoczęcie sezonu 2009
Była wiosna i Austria, lato i jezioro Garda, jesień i kilka safari w Egipcie…. Teraz przyszła zima i nastał czas szukania przygód tam, gdzie to możliwe. U nas zimno, lód, w Egipcie woda też ni to ciepła, ni chłodna, wiatr…. Nie lubię zimy, co robić, gdy pod wodę ciągnie…
Jest jednak coś , co można robić nawet o tej porze roku. Jest nim nurkowanie podlodowe.
Przez ostatnie 3 lata nie udało mi się wyjechać pod lód, bo lodu było niewiele, a w czasie gdy był, mi wypadały różne wyjazdy egipskie…
Jednak ten rok okazał się dla nas łaskawy. Lód pojawił się wcześnie i dzięki temu mogliśmy spokojnie zaplanować naszą przygodę pod lodem. Korzystając z okazji zebraliśmy się w 5 osób i we wspaniałych nastrojach pojechaliśmy nad jezioro Białe koło Gostynina, zobaczyć, gdzie raki zimują( i zobaczyliśmy).
Nasza ekipa to: Kasia, Konrad, Jacek, Adam i ja.
Wypad zaplanowaliśmy na weekend 24-25.01, wybraliśmy sięna zakupy i w piątek wieczorem przygotowani umówiliśmy się na 7 rano dnia następnego, żeby omówić teorię nurkowania podlodowego i pojechać tak szybko jak się da, zanurzyć się pod taflą. Wyjeżdżając z Warszawy zahaczyliśmy o market budowlany, kupiliśmy wycieraczki gumowe, żeby łatwiej wychodziło się na lód po nurkowaniu, oraz kilkanaście karabińczyków – do łączenia śrub lodowych z linami. Zabraliśmy też 2 piły spalinowe i butelkę płynu do zmywania naczyń. O godzinie 13 dotarliśmy nad jezioro, gotowi w teorii i pełni werwy i wigoru. Na miejscu okazało się, że jest kilkadziesiąt osób na jeziorze, są wycięte 4 przeręble.
Pora dnia podyktowała nasz plan nurkowania na dziś: nie będziemy robili nowej dziury, jedynie skorzystamy z obecnie działającej. Dzięki Bogu, pierwszy przerębel po prawej był mało zaludniony i około 15 godziny mogliśmy rozpocząć nurkowanie. Dla większości z nas było to pierwsze nurkowanie podlodowe w życiu. Było trochę stresu, niepewności. Było też trochę walki. Konrad miał pecha, przy pierwszym zejściu stracił klamerkę od płetw i musiał schodzić na zapasowych płetwach. Pod wodą było nieco problemów z pływalnością, ale już od drugiego nurkowania wszystko szło sprawnie i bez niespodzianek. Nasze nurkowania oscylowały w okolicy 20 minut i nie były zbyt głębokie. Temperatura wody wahała się pomiędzy 3 a 2 stopnie ciepła. Dzień zakończyliśmy chwilę po zmroku, wesoło sobie gadając przy pierogach i flaczkach, w miejscowym barze Pokusa. Wznieśliśmy toast za pierwsze nurkowanie w sezonie i pierwsze podlodowe. Ja musiałem to robić coca-colą, bo prowadzącemu nie wolno niczym innym, inni tym, co mieli w butelce :-) Zalogowaliśmy nurkowanie, Konrad podjadał Kasi skwarki z talerza i było wesoło….
Po powrocie do klubu umówiliśmy się na niedzielę na 6.40 rano – ładować butle. Dzięki temu o 10 rano byliśmy na jeziorze. Tym razem postanowiliśmy wyciąć własny przerębel, trochę z dala od innych, żeby mieć bardziej kameralne warunki do nurania. Wybraliśmy miejsce, gdzie lód był przeźroczysty, a zakładana głębokość większa niż pod poprzednim przeręblem. Dziś świeciło słońce, więc mieliśmy w perspektywie całkiem przyjemne widoki. Chodząc po lodzie część z nas miała kłopoty z równowagą, dlatego postanowiliśmy usypać sobie ścieżkę z piasku, okazało się to znakomitym pomysłem, po 15 minutach nosiliśmy tą ścieżką szpej i przyrządy tnące.
Chłopaki żwawo zabrali się do cięcia. Patrząc na nich miało się wrażenie, jakby byli to znani aktorzy ze znanego filmu „Masakra piłą łańcuchową….”. Gracja i pewność ruchów z jaką wrzynali się w lód powodowała ciarki na plecach, a gesty Jacka wymachującego piłą były bardzo sugestywne. Staliśmy więc lekko na uboczu, aż chłopaki zrobili zarys. Adam bardziej przypominał mi mojego dentystę z wiertłem w dłoni, pewnymi ruchami, bez żadnych zahamowań wrzynał się w lód robiąc szkic tego, co będzie za chwilę przeręblem Potem pocięliśmy to na mała kawałki i za pomocą śrub lodowych i liny wyjęliśmy małe bryły zamarzniętej wody na zewnątrz. Te kawałki lodu posłużyły nam do oznakowania przerębla. Zauważyliśmy, że w wybranym przez nas miejscu lód był trochę cieńszy niż w poprzednim. Nasze śrubki przebijały się do warstwy wody.
Około 11 rozpoczęliśmy nurkowanie. Tego dnia zaliczyliśmy 4 zejścia po około 20 minut. Poćwiczyliśmy sobie wkręcanie śrub lodowych pod powierzchnią i odnajdywanie markera. Każdy mógł też zobaczyć, jak sygnalizować awarię. Z przyjemnością więc odgrywaliśmy sobie sceny wyciągania „foczek” za pomocą liny…. Był ubaw i niezłe ślizganko na lodzie. W przerwie między trzecim a czwartym nureczkiem postanowiliśmy chwilę odpocząć. Mi już było nieco chłodno, pęcherz domagała się wizyty w toalecie, więc zarządziliśmy pół godziny przerwy. Kasia mimochodem przećwiczyła niechcące wpadnięcie do przerębla, dzięki Bogu, że przy zapiętym Suchaczu, jednak w czapce i szaliku…..wiele było z tego powodu radości. Potem w ruch poszły batoniki, polary ,rękawiczki i kurtki., jednak szybko zrobiło się nam cieplej i postanowiliśmy wrócić do nurkowania.
Dochodząc do przerębla usłyszeliśmy stukanie w lód. Brzmiało to tak, jakby jakiś rybak próbował wyłupać przerębel. Problem w tym, że żadnego przerębla nikt nie rąbał. Poza nami i nurkiem asekurującym z innej ekipy (80 metrów obok) nikogo na jeziorze nie było. W chwilę potem zobaczyliśmy pod lodem nurka, który przepływał pod taflą robiąc w lodzie ślady nożem. Płynął bardzo szybko i w kierunku przeciwnym niż baza. Minął naszą dziurę o kilkadziesiąt metrów i płynął dalej. W pierwszej chwili zastanawialiśmy się, czy to nie jest jakiś trening nowych technik nurkowania podlodowego – nie wiem, znakowania nożem drogi podwodnej, czy coś tam. Zastanawiałem się, jak racjonalnie można wytłumaczyć to , co widzieliśmy, ale nie znalazłem odpowiedzi. Na nurku nie widzieliśmy uprzęży, liny, wiedziony złym przeczuciem przytknąłem do lodu nad twarzą nurka kciuk, wskazując mu drogę do przerębla. Nurek zawrócił! Położyłem również moją szarfę od uprzęży na lodzie i idąc do przerębla ciągnąłem ją po powierzchni tak, żeby nurek widział kierunek. Potem jeszcze raz pokazałem mu kierunek kciukiem bo zboczył trochę i w ten sposób doprowadziliśmy go do przerębla. Wynurzył się tam młody mężczyzna, o niewesołej minie i zmieszanym spojrzeniu. Miał zakrwawione ręce i trzymał w ręku nóż, którym przed chwilą stukał w lód. Miał tez mały, kompaktowy aparat fotograficzny. Zapytaliśmy się czy wszystko ok., i gdzie jest jego partner. Nic nie odpowiedział. No to rozbiliśmy pytania na mniejsze:
wszystko ok?
nie
gdzie twój partner?
– ….
gdzie twój partner?
nie wiem
nurkowałeś sam?
– …
nurkowałeś z partnerem?
tak
W tym momencie mnie zmroziło, bo w głębi duszy miałem nadzieję że to kolejny nawiedzony samo wystarczający twardziel, który wlazł pod lód bez zabezpieczeń i jego system nie zadziałał, ale nie!!, on miał ze sobą partnera!, czyżby wypiął się z liny??? Ale nie możliwe, on nie miał uprzęży, nie miał kołowrotka, zaraz zaraz, co tu jest grane????
mamy szukać partnera?
tak….
W tym momencie wrzasnąłem do drugiego przerębla, gdzie, Jacek zakończył właśnie nurkowanie:
Zaginiony nurek, zaginiony nurek, to nie żart!!
Zaczęliśmy się ubierać w szpej, mieliśmy przygotowaną 65 metrową linę dla nurka asekurującego, gotową do wpięcia, jednak wiedziałem, że nie jest wystarczająco długa, żeby spenetrować cały teren. Na szczęście kilka chwil później z odległego przerębla wynurzyła się postać – drugi zagubiony nurek – partnerka naszego odnalezionego. Finał okazał się szczęśliwy… tym razem. Nasz odległy przerębel, przeźroczysty lód i masa szczęścia – temu nurek zawdzięcza swoje życie.
Pomogliśmy mu wyjść na lód i zdjąć twina. Potem otumaniony odszedł w kierunku brzegu. W tym czasie część z nas wyciągnęła na powierzchnię partnerkę zagubionego – poza tym, że nie była przypięta do liny (nawet nie mieli liny), miała normalny zestaw do nurkowania rekreacyjnego i latarkę.
Mam nadzieję, że ten przypadek dał mu do myślenia i zweryfikuje on swoje nawyki nurkowe zanim ponownie wejdzie do wody.
My tymczasem kontynuowaliśmy nureczki. Pod wodą znaleźliśmy mały przerębel, którym uchodziło powietrze spod lodu. Fajny efekt, tak jakby z małej armatki wystrzeliwać bąbelki powietrza na powierzchnię. Zrobiliśmy więc sesję zdjęciową i zakończyliśmy nurkowanie.
„Ewakuacja z nurkowiska zajęła nam niewiele czasu. Sprawnie rozmontowaliśmy stanowisko, sprzęt, zapakowaliśmy się do nurkowozu i pojechaliśmy do Pokusy na zakończenie dnia nurkowego. Tym razem Konrad podjadał Kasi opiekane ziemniaczki i znów było wiele radości.
Obejrzeliśmy zdjęcia i filmiki z naszej przygody….oj będzie co wspominać….
Po wypakowaniu busa, szybko przemieściłem się do domu….bez mycia, w ubraniu zasnąłem….do samego rana.

Piotr Kędzia
____
Zapraszamy do czytania opisów z naszych wypraw nurkowych.
Mamy nadzieję, że lektura poniższych reportaży, zachęci Was do wspólnych nurków. Z przyjemnością opublikujemy również wasze relacje, zdjęcia i filmy z nurkowania. Prosimy o kontakt e-mailowy.