Egipt 2009 – safari południowe – 11.06.2009 – 18.06.2009
Zbiórka została ustalona na Okęciu o 8.30 rano. Jak zwykle spotkały mnie problemy natury logistycznej. Niestety, jest to jeden ze słabszych punktów mojego charakteru, kiedy trzeba, spotykam miliony problemów, które burzą moje plany na zorganizowaną i profesjonalną akcję. A więc jak zwykle, nie mogłem znaleźć latarki, logbooka, paszportu, moje pieski zapaskudziły kuchnię i musiałem sprzątać z rana, tak więc skrzętnie obliczony czas na pakowanie ekwipunku na safari, rozchodził się gdzieś w szczelinach czasoprzestrzeni, pozostawiając mi coraz mniejszy margines do wykorzystania. Latarka była gwoździem do trumny, spędziłem około 45 minut na poszukiwaniach, w samochodzie, w nurkowni, domu, za ladą w klubie….nie ma, wcięło, trzeba się poddać i pojechać na wyjazd bez oświetlenia.
Finalnie wystartowałem na lotnisko z półgodzinnym opóźnieniem. Nie martwiłem się, bo na miejscu był Adam – mój przyjaciel, doskonały nurek – instruktor – wzór dobrej organizacji i prawości we wszelkich działaniach. Tak więc liczyłem na to, że podczas mojej absencji on przejmie rolę współorganizatora i pana sytuacji, odbierze bilety z rąk pani bileterki i problem mojego niezorganizowania jakoś pozostanie niezauważony, minie bez echa. Los jednak chciał inaczej.
Piętnaście minut po umówionym czasie zadzwonił Adam:
Piotr, kiedy będziesz?
Kiedy Adam pyta w ten sposób, wiem, że za pozornie miłym i „do bólu” łagodnym pytaniem kryją się jakieś bardziej ważne znaczenia.
Jadę, za jakieś 15 minut – odpowiedziałem – a co się stało?
– Pani w kantorku mówi, że potrzebuje jakieś dokumenty, nie chce mi wydać biletów.
– Zadzwoń i daj ją do telefonu, ja to załatwię.
Pani jednak nie chciała gadać. Po moim przybyciu dowiedziałem się z jakiego powodu. Otóż biletów nie było…. Ktoś czegoś nie dopilnował, nazwiska na liście pasażerów były, za to bilecików niestety nie… Co robić, po krótkich pertraktacjach, pani zdecydowała się pomóc nam najlepiej jak umiała – wydrukowała bilety z komputera….. Byliśmy uratowani.
Wydrukowanie biletów ulżyło naszym stresom i załagodziło już powstające małe ogniska wkurzenia, poszkodowani odetchnęli z ulgą i przyjęli nasze przeprosiny.

Dalsza podróż, lot i dotarcie na łódź, potoczyły się bez utrudnień.

Frunęliśmy prawie 5 godzin. Podróżowaliśmy liniami AMC, nowym Boeingiem. Załoga egipska była miła, w odróżnieniu od często naburmuszonych i niezadowolonych załóg polskich samolotów. Jeszcze raz udowodniłem sobie, że lubię latać miejscowymi liniami lotniczymi. W dodatku tutaj dają coś do zjedzenia – mały dodatek, a jakże zmienia poziom świadczonych usług.
Na lotnisku w Hurghadzie czekał na nas pan z karteczką łodzi „Blue Waves”. Rozdał nam wizy i zaprowadził do czekających busów. Jechaliśmy dwoma samochodami, tak więc komfort podróżowania był bardzo wysoki. Na wstępie dostaliśmy po butelce wody mineralnej i ciasteczku, żeby broń Boże nikt nie czuł się głodny. Podróż minęła nam w sennej atmosferze. Zanim dotarliśmy do portu Ghalib, zatrzymaliśmy się na kilka chwil w mieście ElQuasir – trzeba było dokupić brakujące bojki i karty do telefonu.
W końcu weszliśmy na łódź.
Na pokładzie przywitała nas miła i uśmiechnięta załoga. Na stołach w salonie czekały Welcome-drinki i słodycze. Wypełniliśmy formularze, złożyliśmy dokumenty i sklarowaliśmy sprzęt. Obsługa była w ciągłej gotowości. Po tym wszystkim podano do stołu.
W Egipcie byłem kilkadziesiąt razy, na ponad 40 safari nurkowych, jednak po raz pierwszy zdarzyło mi się jeść dobrze zrobioną wołowinę. Była nie przesmażona, nie łykowata, z charakterystycznym aromatem mięsa. W dodatku zrobiona na grillu….ech. W takich drobnych szczegółach mogłem zaobserwować różnice pomiędzy jakością obsługi na łodzi zarządzanej przez Egipcjan a jakością na łodzi obsługiwanej przez szwajcarskiego armatora.
Z pełnym brzuszkiem przeniosłem się na sundeck, gdzie współtowarzysze imprezy już siedzieli i tworzyli bardzo miły klimacik. Przyłączyłem się i tak gadaliśmy do pierwszej w nocy.
Rano o 7.30 wyruszyliśmy z portu. O 9.00 byliśmy po śniadaniu, ubrani w sprzęt i rozpoczęliśmy check dive w miejscu zwanym Shouna.
Według naszego przewodnika Foada, rafa miała nie przynieść za dużo rewelacji, jednak można na niej było spotkać kilka ciekawych stworzeń podwodnych. Co prawda celem tego nurkowania było wyważenie się i przypomnienie sobie nurkowania po przerwie, jednak jeśli przy okazji zobaczylibyśmy coś interesującego, nikomu nic by się złego nie stało. Tak więc zanurzyliśmy się. Widać było od początku, że niektórym sporo brakowało do idealnego nurkowania, widać było brak powtórki „scuba review” przed safari. Cóż, za kilka nurkowań wszyscy się wdrożą, szkoda troszkę że przyjemność z nurania rozpocznie się dla nich z lekkim opóźnieniem. Wracając do naszej podwodnej wycieczki. Jak to zazwyczaj bywa, check dive okazał się całkiem interesującym nurkiem. Trafiliśmy na żółwia, który dał sobie zrobić kilka zdjęć, pojawiła się także ośmiornica. Ryby tłoczyły się w ławice, a warunki pogodowe nas rozpieszczały. Nur okazał się ciekawy i obfitujący w atrakcje. Zakończyliśmy go z uśmiechniętymi buziami.
Gdy wszyscy wyszli z wody, ruszyliśmy do drugiego miejsca nurkowego. Rafa nosi nazwę Abu Dabbab. Jest to obszar obejmujący swoim zasięgiem kilka mniejszych raf, które odpowiednio są ponumerowane od 1 do 6. My nurkowaliśmy na Abu Dabbab II(chyba). Na dnie opodal tej rafy spoczywa łodzi nurkowej „Heaven One” – dosyć znanej jednostki, która występuje w kilku starszych książkach o tematyce nurkowej. W obecnej chwili jest znacznie zniszczony, ma resztki konstrukcji drewnianej, silniki, śrubę, a fragmenty zabudowy są porozrzucane w promieniu kilkudziesięciu metrów. Według relacji naszego przewodnika, powodem zatonięcia był pożar na pokładzie.
Poza wrakiem spotkaliśmy ławicę niewielkich barrakud i jedną dużą barrakudę, która korzystała z usług czyściciela.
Adaś z kursantami przeprowadził nurkowanie szkoleniowe numer 2, oczywiście zaliczając wszystkim ćwiczenia. Jak potem się okazało, pośród nowych adeptów nurkowania wszyscy wykazywali predyspozycje do tego sportu i nie mieliśmy żadnych problemów z kursem. Jak to Adam stwierdził – cała grupa była idealna.
Po wyjściu z wody zjedliśmy obiad. Na naszej łodzi składał się on z głównej części i deseru. Było tam mięso z grilla przykryte plasterkiem sera z przyprawami, ryba na 2 sposoby, liczne surówki i dodatki. Z najedzonymi brzuszkami popłynęliśmy dalej – na Shaab Marsa Alam. Tutaj zrobiliśmy nurkowanie wieczorne i nocne.
Ta rafa jest jedną z raf, które darzę wyjątkowa sympatią. Kiedy nurkowałem tutaj po raz pierwszy, wydawała mi się jedną z najnudniejszych i martwych raf, na jakich nurkowałem. Potem jednak za każdym razem odkrywałem na niej coś nowego. Jest tu wrak innej łodzi nurkowej. Mniej zniszczony niż poprzedni i bardziej atrakcyjny do fotografii. Jest też tutaj filar rafowy, w którym znajdują się dwie groty z korytarzami „ na przestrzał”. Zrobiliśmy sobie wycieczkę, odwiedzając wszystkie z tych atrakcji. Na nocnym nurkowaniu zaplanowaliśmy bowiem przejście tą samą trasą, uczestnicy powinni zatem poznać dogłębnie planowane miejsce przed eksplorowaniem go po zmroku.
Poza tym na Shaab Marsa Alam można zanurkować przy ściance opadającej do ponad 60 metrów głębokości i zwiedzić ogrody z korala twardego – na północno wschodniej części rafy. W odległości 200 metrów od rafy znajduje się drugie miejsce nurkowe – Habili Marsa Alam – osiągalne jedynie przy dobrej pogodzie i braku fal, miejsce o niezniszczonym charakterze, obfitujące w miliony rybek, gdzie pośród licznych filarów rafowych dostrzec można niekiedy rekiny rafowe.
Tutaj też mieszka rodzina delfinów, składająca się z kilkudziesięciu osobników. Nie trzeba wiele szczęścia, żeby tę rodziną spotkać pod wodą. Są też tu ryby-krokodyle, a przy północnym krańcu rafy nierzadko można spotkać rekiny rafowe. W tym miejscu widziałem siedem sztuk, odpoczywających na piasku, a pojedyncze rekiny spotykałem prawie na każdym nurkowaniu.
Dzień zakończył się kolacją, z jak zwykle wyśmienitym jedzeniem. Miałem się odchudzać, a tu obawiam się, że przybędzie mi kilka kilogramów, a fałdka na moim brzuchu jeszcze bardziej się zaokrągli.
W czasie nocy część z nas spała na sundecku, pod gołym niebem, rozświetlonym gwiazdami ułożonymi we wszystkie znane gwiazdozbiory. Kołysały nas do snu delikatne fale, a wiatr grał relaksującą muzykę. Zasnęliśmy.
Noc była spokojna, około trzeciej kapitan rozpoczął płynąć na południe, powierzchnia morza była gładką taflą ciepłej wody morskiej, transfer nie przysparzał nam kłopotów.
Dzień rozpoczął się o szóstej rano, dzwonkiem rozkołysanym za sprawą ręki Foada. Kwadrans później w salonie rozpoczęła się odprawa. Jak się później okazało, pobudki o tej godzinie miały być regułą podczas naszej wyprawy.
Foad jest przykładem profesjonalisty, który kocha nurkowanie. W jego odprawach wyraźnie odczuwa się pasje do tego sportu. Pomimo ponad 25 letniego doświadczenia i ponad piętnastu tysięcy nurkowań, jemu ciągle chce się schodzić pod wodę, opowiadać innym o tym, jak jest tam fajnie, co ciekawego można zobaczyć. Różni go to od dziesiątek innych przewodników, którzy dawno już ulegli wypaleniu zawodowemu, a swoją prace traktują bardziej jak obowiązek niż przyjemność.
Każde zejście pod wodę było poprzedzone solidnym opisem miejsca nurkowego, z użyciem pomocy multimedialnych, których był jedynym właścicielem. On bowiem, od kilku lat tworzy prezentacje w swoim komputerze, nanosi charakterystyczne miejsca na mapy komputerowe, opisuje wszystko, co może uatrakcyjnić wycieczkę podwodną uczestnikom safari. Opowiadając kładzie nacisk na bezpieczeństwo, nie szczędzi uwag dotyczących potencjalnego ryzyka.
Po starannie przeprowadzonych odprawach czuliśmy się bardzo zorientowani w warunkach i atrakcjach wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy.
Tak więc zaczęliśmy nasz drugi dzień. Pierwszą rafą było Habili Ghadir. Niektórzy nazywają to miejsce Erg Ghadir lub Radir. Nurkowisko to podwodna rafa, której wierzchołek znajduje się około 4 metrów pod powierzchnią wody. Przy falowaniu powierzchniowym nurkowanie w tym miejscu staje się niemożliwe. Pod wodą mamy liczne górki rafowe wyrastające z długiego plateau, kończącego się drop-offem. Najciekawszym obszarem jest pas rafy do głębokości około 20 metrów. Tutaj widzieliśmy żółwia, barakudy i niezliczone ilości rybek wszelakiej maści. Grupa nadzorowana przez Foada spotkała rekiny rafowe.
Następnym miejscem był „Shiliniat” – zwany akwarium. Miejsce to obfituje w miliony ławic małych rybeczek, które są wszędzie. Ma się wrażenie, jakby było się zanurzonym w zupie rybnej. To nurkowanie odbyliśmy z pontonu. Wracając zrobiliśmy sesję zdjęciową krokodylowi, odpoczywającemu pod rozłożystym koralowcem.
Dzień zakończyliśmy a Abu Galawa Kebir (big), gdzie zanurkowaliśmy na wrak chińskiej jednostki. Miejscowi nazywają ten statek „Banana wreck”. Jednostka ta zatonęła w latach sześćdziesiątych. Porosła koralem twardym tak, że niekiedy trudno ją odróżnić od rafy. Do środka można wpłynąć, jednak ta wycieczka nie nadaje się dla nurków początkujących, którzy mają kłopoty z kontrolą pływalności. Trzeba też nie mieć kłopotów z poruszaniem się w zamkniętych przestrzeniach. Korytarze wewnątrz są bowiem niekiedy bardzo wąskie, a ukośne ułożenie wraku dodatkowo komplikuje możliwości eksploracyjne. Sam statek był jednostką parową. Atrakcją są więc wszystkie instalacje parowe – kocioł, rury z zaworami, tłoki….. Wszędzie występują ławice szklarek, a na dnie żyją sobie biało-czerwone krewetki. Do środka odważyli się wejść tylko Klara i Grzegorz, pokazałem im więc drogę. Potem wróciliśmy pod woda na naszą łódź.
Nocne nurkowanie zrobiliśmy w okolicach łodzi. W naszej grupie był Grzegorz – wiecznie niespokojny nurek, którego cechą szczególną jest zaglądanie pod wszystkie koralowce, we wszystkie dziurki i wypatrywanie tego, co pominął prowadzący. Posiadanie w zespole takiego nurka z jednej strony powoduje pojawianie się „gula” na szyjach innych uczestników – jego trajektoria poruszania się jest nieokreślona i wprowadza w zakłopotanie zarówno prowadzącego jak i partnera, a innym często daje się we znaki. Z drugiej jedna strony, Grzegorz posiada talent do wynajdowania najróżniejszych atrakcji pod wodą. Talent ten był u niego zauważalny nawet podczas jego kursów, gdzie zawsze wypatrzył coś interesującego. Tak więc tym razem zanurkował z nami. Wszystkie pary nurków trzymały się za mną w parach, grzecznie podążając w wybranym przeze mnie kierunku. Grzesia latarka błądziła to tu, to tam, widziałem ją i po lewej na dole, jak i po prawej na górze….dobrze, może cos ciekawego zobaczymy. Kiedy nasza wycieczka nie obfitowała w jakieś szczególne atrakcje, jemu udało się odnaleźć ośmiornicę i kilkanaście krabów i krewetek. Dzięki Ci Grzegorzu!
Po kolacji udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Większość tym razem została na sundecku i tutaj zasypiała patrząc się w gwiazdy. Tej nocy wiało, tak więc nad ranem musiałem się pożywić porcją tabletek, moje uszy i nos postanowiły zastrajkować…
O 6.15 znów zebraliśmy się na odprawie. To już trzeci dzień nurkowy naszej wyprawy, a czwarty w Egipcie. Dziś zaczęliśmy od Shaab Maksour – rafy typu `drop off`, ciągnącej się z północy na południe przez prawie 800 metrów. Tutaj nadarzyła się okazja, żeby zrobić pierwsze nurkowanie na specjalizację Deep Diver. Tomek z Alicją postanowili podnieść swoje kwalifikacje i po ogólnej odprawie uczestniczyli w omówieniu do pierwszego nurkowania kursowego.
Weszliśmy do wody podzieleni na Kika grup. Niektórzy znów widzieli rekiny, inni barakudy i tuńczyki, a jeszcze inni i to i to. W tym miejscu zrobiliśmy dwa zanurzenia, w różnych częściach rafy. Potem przenieśliśmy się na rafę Sataya Nord. Znajduje się tutaj kilka filarów tworzących swoisty labirynt rafowy. I tu podobnie jak dzień wcześniej, najpierw odbyliśmy wieczorne zejście, żeby mieć orientację podczas nocnego nurkowania. Schodząc pod wodę postanowiłem zabrać Elę na trening oddechu, pozycji i pływalności. Miała ona bowiem problemy z określeniem, czy nurkowanie jej się podoba czy nie, oraz zużywała dosyć dużo powietrza. Biorąc obydwa fakty pod uwagę podejrzewałem (jak się okazało słusznie), że to kłopoty natury technicznej nie pozwalają na delektowanie pięknem podwodnego świata. Poszliśmy więc w dół. Na wstępie zaczęliśmy od kilku ćwiczeń z pływalności. Tam zabrałem 2 kg. balastu i okazało się, że był to klucz do sukcesu. Ela przeszła na płuca, jej pozycja była pozioma, a oddech równomierny, długi i spokojny….. o to chodziło. Gdy w 65-tej minucie kończyliśmy wycieczkę, miała jeszcze siedemdziesiąt atmosfer w butli, a ręce często składały się w okejkę. Trening okazał się trafionym pomysłem – więcej przyjemności – więcej radości – dłuższe nurkowania – większe bezpieczeństwo i satysfakcja. Wszyscy mieli lepszy humorek i nastawienie na przyszłość.
Po zmroku weszliśmy do wody na nocnika. Podzieleni na 2 grupy zrobiliśmy rajd po znanym za dnia miejscu. Tym razem znaleźliśmy sporo ślimaków nagoskrzelnych, kilka węgorzy, jakieś sumikopodobne rybki, kraby, krewetki i inne.
Nocą spaliśmy jak zwykle na sundecku.
Ranek powitał nas odprawą przed nurkowaniem na rafie o nazwie Malahi. W języku egipskim malahi to plac zabaw. Tak tez wygląda miejsce, które odwiedziliśmy. Liczne wąwozy, korytarze i kilka jaskiń tworzą niepowtarzalne piękno tego miejsca. Nie znam na Morzu Czerwonym podobnej w budowie rafy, tak ciekawej i zróżnicowanej. Można na niej zrobić kilka zejść, za każdym razem w innym miejscu, a ci, którzy nie mają za dobrej orientacji, mają prawie sto procent na zgubienie się gdzieś pomiędzy jednym filarem a drugim zaułkiem. Ja byłem tu już kilkanaście razy i znam na pamięć kilka ukrytych korytarzyków i przesmyków, postanowiłem więc przeciągnąć nurków, którym przewodziłem właśnie po tych korytarzykach. Nasza wycieczka trwała ponad pół godziny, potem zrobiliśmy rundkę na zewnątrz rafy i w pięćdziesiątej minucie byliśmy pod łodzią na przystanku bezpieczeństwa.
Po wyjściu powitało nas śniadanie, jak zwykle pyszne, z wieloma śniadaniowymi potrawami. Ja opychałem się naleśnikami, Marcin przyswajał omleciki, a reszta resztę, czyli paróweczki, jakąś arabską pulpę zrobioną z grochu i przypraw, arabskie chlebki z dżemem, serem lub innymi wędlinami.
Potem półtorej godziny leżakowania i dzwonek zawołał nas na następne nurkowanie. Odbyło się ono na rafie o nazwie Fury Shoal South. Do tej pory nie nurkowałem w tym miejscu, więc nie byłem w stanie określić, co ciekawego może mnie spotkać pod wodą. Kapitan zacumował łódź od południowo zachodniej strony rafy, a nasze nurkowanie odbywało się z pontonu. Operator zodiaka wywiózł nas daleko, moim zdaniem o jakieś 50 minut płynięcia. Zakładaliśmy więc powrót na łódź za pośrednictwem pontonu.
Zrobiliśmy fikołeczka do tyłu i tyle nas z powierzchni widzieli. Opadaliśmy na głębokość około 15 metrów. Dookoła znajdowało się kilka ogromnych filarów koralowych tworzących dosyć monumentalne wrażenie. Zacząłem płynąć w kierunku łodzi. Po minięciu trzeciego filara zauważyłem w oddali rekina rafowego. Był dosyć płochliwy i nie udało nam się podpłynąć do niego na bliższą odległość. Dalsza droga powrotna przebiegała pomiędzy wyrośniętymi górkami koralowymi o bardzo stromych krawędziach, musiałem wielokrotnie korzystać z kompasu, a i tak nie byłem pewien, czy płynę w dobrym kierunku. Po około dwudziestu minutach dotarliśmy do głównej rafy. Tu uspokoiłem się i już byłem pewien, że obrałem dobry azymut.
Z nawigowaniem na kompas mam zawsze problem. Polega on na tym, że nie do końca ufam temu urządzeniu. Co prawda nigdy mnie nie zawiodło, ale jakoś tak… mój mózg zawsze podpowiada mi: „a może coś źle zobaczyłeś na powierzchni”,” a może płyniesz w odwrotnym kierunku”.
Po kilkudziesięciu minutach płynięcia, nieraz tak już się denerwuję, że wolę wynurzyć się na sekundę i potwierdzić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tym razem było ok., wszystko przebiegało według planu. W pięćdziesiątej minucie nurkowania usłyszeliśmy przepływający ponton – pewnie płynął po pierwszą grupę. Po następnych pięciu minutach zobaczyliśmy żółwia, który majestatycznymi ruchami posuwał swoje ciało w wybranym przez siebie kierunku. Nie spieszyło mu się i mogliśmy zrobić całkiem ciekawą sesję fotograficzną. Miałem wrażenie, jakby zwierze pozowało do zdjęć. Nurkowanie zakończyliśmy po ponad godzinie od zejścia pod wodę.
Po obiedzie popłynęliśmy na następną, ulubioną przeze mnie rafę o nazwie Claudia. Pierwszy raz byłem tu osiem lat temu, na moim pierwszym safari na południe Egiptu. Zapamiętałem ją jako tajemniczą rafę, pełną ukrytych komnat, grot i sal połączonych korytarzami. Na stropie są liczne pęknięcia, przez które wpadają promienie słońca uformowane w widoczne jasne wiązki światła. Pamiętam też, że gra tych promieni stwarzała dosyć bajkowe wrażenie, czułem się, jakbym za chwilę miał odkryć jakieś zapomniane miejsce, gdzie po środku stałaby skrzynia pełna skarbów, oświetlona z góry wiązką mieniącego się światła…. W licznych zakamarkach gromadziły się ławice rybek, niekiedy przepłynęła płaszczka….. Było tajemniczo i baaardzo fajnie.
Nasze nurkowanie zajęło nam pięćdziesiąt minut. Wszyscy wyszli podekscytowani niepowtarzalnym pięknem jaskiń i grot, które tu widzieli. W planach mieliśmy zanurkować tu jeszcze raz – tym razem w nocy. Podzieliliśmy się na dwa zespoły. Pierwszy popłynął po zewnętrznej części rafy, drugi – pod moim przewodnictwem – postanowił eksplorować główne korytarze. Nasz nurek był ekscytujący. Samo przebywanie w grocie po zmierzchu przyprawiało o dreszczyk emocji. Dodatkowo cienie rzucane na ściany, strop i podłogę dodawały grozy. Nie widzieliśmy za dużo spektakularnych form życia, ale kilka było. Na początku wystraszyliśmy murene, która ze swojej dziury bacznie nam się przyglądała. Potem spotkaliśmy kraba pustelnika obładowanego kilkoma ukwiałami, które nosił na swojej skorupie. Na koniec zauważyliśmy, że grunt pod naszymi płetwami wcale nie jest nieruchomy, a to, co uważaliśmy za piasek, nie było piaskiem. W świetle latarek miało się wrażenie, że cały żwirek, leżący pod nami rusza się. Zrobiliśmy kilka zdjęć, ale na niech nie można było wywnioskować, co dokładnie tam się ruszało. Pomysłów mieliśmy kilka – krabiki, ślimaki, plankton……. OBCY. Nagrałem krótki film w macro, może później dojdę do tego, jakie stworzenia tam zamieszkiwały.
Nurkowanie trwało 45 minut. Potem zasiedliśmy do stołu, zjedliśmy ostatnią kolację na łodzi. Jutro ostatni dzień, a w zasadzie pół dnia na naszej łajbie. Około południa musimy opuścić jednostkę i dać szansę załodze na przygotowanie na następne safari. Po nas rozpocznie grupa nurków safari techniczne.
W nocy mieliśmy transfer na poranne nurkowisko. Była nim rafa „Elphinstone”, położona trzy godziny od portu. Podzieliliśmy się na dwa zespoły. Pierwszy zespół popłynął pontonem na zewnątrz rafy. Podczas ich drogi powrotnej widzieli rekiny, tuńczyki, barrakudy. Drugi zespół wyruszył bezpośrednio z łodzi. Naszym celem było zobaczyć słynnego arch`a pod rafą Elphinstone. Legenda głosi, że tunel ten powstał w zamierzchłych czasach za sprawą ludzi. Zanim tam zanurkowaliśmy wysłuchaliśmy opowieści o kształcie (podobno regularnym) łuku, o rzekomym sarkofagu, który miał znajdować się na dnie przesmyku. Słuchając tego myślałem, że znajduję się w jakimś magicznym miejscu, gdzie za chwilę spotkam się z niewytłumaczalnymi budowlami, pozostałościami jakichś tajemniczych cywilizacji. Pełen adrenaliny i skupienia wskoczyłem do wody. Nasze nurkowanie było dosyć krótkie. Osiągnęliśmy cel w dziewiątej minucie od zanurzenia. Przed moimi oczami ukazał się łuk pod Platteau tworzący kilkumetrowy tunel na drugą stronę rafy. Jednak wbrew wcześniejszym zapowiedziom, jego sklepienie i boczne ściany wcale nie były regularne, a na dnie leżało kilka bloków koralowych, moim zdaniem naturalnych fragmentów, które w wyniku obumierania i erozji skały koralowej spadły na dno i ułożyły się jedna na drugiej. Nie miałem wrażenia, że ta forma to dzieło człowieka, albo innej myślącej i inteligentnej istoty. Mit upadł, nie umniejszając przyjemności z nurkowania w tym niepowtarzalnym miejscu. Wynurzenie przebiegało zgodnie z planem. Mój komputer naliczył mi krótką dekompresję, którą odstałem grzecznie.
Po wyjściu zaczęliśmy myć sprzęt i przygotowywać się do opuszczenia naszej jednostki. Kilka minut po jedenastej staliśmy znów przycumowani do nabrzeża portu Ghalib.
Do Hurghady dotarliśmy w cztery godziny. Armator zarezerwował nam 4gwiazdkowy hotel wraz z wyżywieniem na ostatni dzień pobytu i desaturację. Niektórzy poszli na miasto odwiedzać miejscowe bary i kafejki, inni odsypiali trudy tygodniowego nurkowania, jeszcze inni robili zakupy pamiątek w pobliskich sklepach.
Ja wybrałem odsypianie. Przez ostatnie dwie doby spałem zaledwie cztery godziny, a jutro mam zajęcia w moim basenie. Czas wracać do rzeczywistości.
Samolot wystartował punktualnie o szóstej rano. Lot przebiegał bez zakłóceń, w sennej porannej atmosferze. Tuż przed dziesiątą czasu warszawskiego, wszyscy rozjechaliśmy się do domów i swoich obowiązków, mając w pamięci świeże wspomnienia z bardzo udanej wyprawy nurkowej na południe Egiptu.

____
Zapraszamy do czytania opisów z naszych wypraw nurkowych.
Mamy nadzieję, że lektura poniższych reportaży, zachęci Was do wspólnych nurków. Z przyjemnością opublikujemy również wasze relacje, zdjęcia i filmy z nurkowania. Prosimy o kontakt e-mailowy.