Wyprawa rozpoczęła się od spotkania na lotnisku.

Tym razem mieliśmy lecieć na safari nurkowe do Egiptu, zobaczyć, czy pod wodą też są zamieszki.
Na lądzie a i owszem, jedni ganiają drugich, potem drudzy pierwszych i tak w koło Macieju. Dramatyzmu jednak dodawał fakt, że w Egipcie i innych krajach arabsko-podobnych, policja ma prawo używać ostrej broni, a skoro ma takie prawo, to jej od czasu do czasu używa. Kilka miesięcy temu Egipcjanie siłą odsunęli od władzy demokratycznie wybranego prezydenta, a jak to w demokracjach arabskich bywa, stery przejęło wojsko i milicja. Widowisko że hej, wszystkie media rozgadały się o tym, jak to wojna w Egipcie nastała i jest niebezpiecznie. Kłopot tkwił jednak w tym, że zamieszki były, ale tylko w kilku miastach oddalonych setki kilometrów od rejonów turystycznych. Co więcej nie w całych miastach, a jedynie na kilku placach, nieopodal miejsc urzędowania elekcyjnych władz. Podsumowując można by było stwierdzić, że w Egipcie, w (chyba) pięciu metropoliach, na łącznie 8-10 placach odbywały się uliczne przepychanki pomiędzy zwolennikami tych i tamtych, co finalnie pociągnęło za sobą kilkaset istnień ludzkich. Ciekawy jest fakt, że tutejsza milicja i wojsko ma w swojej tradycji używanie ostrej amunicji do tłumienia zamieszek, a demonstranci od dziesiątków lat tego nie zauważyli. Poszli więc na rewolucję, która zakończyła się dosyć szybko, w standardowy dla nich sposób.

Zadając sobie pytanie, co to ma wspólnego z naszym safari. Otóż widowiska tego typu zbierają widownię przed telewizorami na całym świecie, a komentatorzy i dziennikarze prześcigają się w ubarwianiu zastanej rzeczywistości. Wykreował się więc wizerunek krwawego Egiptu, uwikłanego w wojnę domową, gdzie trup ściele się ulicami, a wyjazd do nadmorskich kurortów to istne samobójstwo. Nawet miesiąc po ostatnich demonstracjach, media wciąż ostrzegały przed wyjazdem w to straszne miejsce. Tymczasem w kurortach nie straszył żaden terrorysta, żaden rewolucjonista, straszyły natomiast pustki na ulicach i w hotelach, a ludność żyjąca z turystyki popadła w smutną melancholię i bezsilność. Pewnie zaraz dym opadnie, turyści powrócą, a oni nie wyciągną wniosków, skazując się na odpływy turystyczne co jakiś czas i bezmyślną zadumę.

Echo wydarzeń dotarło za pośrednictwem mediów do Europy. Linie lotnicze przestraszyły się rewolucji, za nimi ubezpieczyciele zatrzęśli portkami i wstrzymali ubezpieczenia lotów i wycieczek, a to pociągnęło smród trwogi przetaczający się przez liczne biura podróży. Oliwy do ognia dodało polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradzając wyjazdy do Egiptu. No i skończyło się, blady strach padł w końcu na zwykłych obywateli. Wstrzymano więc loty do Egiptu… Konsekwencją tego łańcuszka było odwołanie przez nas sierpniowego safari wrakowego, bo a nuż coś się wydarzy – dla nas wydarzenie bez precedensu, pierwszy raz w historii firmy skasowaliśmy wyprawę nurkową wpisaną w nasz kalendarz.

Tymczasem w Polsce w niezliczonych miejscach, a głównie w Warszawie, przetaczały się tłumy demonstrantów krzywdzonych przez obecny system polityczno-ekonomiczny, w innych miejscach tłumy fanatyków torii spiskowych kreowanych przez różnych politykujących oszołomów. Kolejny naród chciałby zmiany władzy i demonstruje to na wszelkie możliwe sposoby. Tutaj jednak ruch turystyczny nie cierpi, Polska jest bezpieczna i nawet 100000 demonstrantów w Warszawie nie stanowi o zagrożeniu. Ataki nożowników, operatorów maczet czy zwykłych kiboli, zabijających siebie po kolei w Krakowie, nie są niczym niebezpiecznym. Ruch turystyczny notuje u nas stały wzrost, choć zastanawiam się, czy w związku z „ostrą” sytuacją w Krakowie, nie należałoby odradzać wyjazdów do tego niebezpiecznego miejsca… Polacy i Egipcjanie mają dosyć władzy, a i jedni i drudzy nie mają sensownej alternatywy…

Zostawiając jednak polityczne dywagacje, powrócę do tematu naszej wycieczki.

Cel naszej wrześniowej podróży ustaliliśmy już rok temu, a były to dwa parki narodowe, chronione przez nikogo, posiadające po jednej latarni morskiej i kilku zblazowanych miejscowych (o ile na wyspach mieszkają miejscowi). Wybieraliśmy się na Brothers Islands oraz Deadalus Reef na Morzu Czerwonym.

Półtora tygodnia przed wylotem okazało się, że z uwagi na „sytuację w Egipcie” skasowano lot do Marsa Alam – oddalonego o 750 km od najbliższych miejsc demonstracji – a w zamian za ten zaproponowano przelot 250 km bliżej, do Hurghady. Zmieniono nam też dzień przelotu z soboty na piątek. Większość z uczestników musiała zatem wziąć dodatkowy dzień urlopu, a niektórzy zmuszeni byli do bardziej skomplikowanych akcji logistycznych, takich jak np. przebukowywanie biletu z Paryża do Warszawy tak, żeby wyrobić się za dynamicznymi zmianami rozkładu lotu.

Ufff, udało się. Prawie w 100% bez dodatkowych przygód, jednak oszukałbym twierdząc, że ich nie było. Nasz przewoźnik postanowił jeszcze troszkę poeksperymentować i na dwa dni przed wylotem zmienił godziny lotów. Przesunął podróż o 7 godzin wcześniej i choć wszystkich obdzwoniliśmy i wysłaliśmy odpowiednie powiadomienia, traf chciał, że informacja nie dotarła do jednego z nas. Szczęśliwiec ów był zmuszony spakować się w 5 minut i dotrzeć na lotnisko, bo pozostało mu 2 godziny do startu. Wyrobił się. Z lekko niekompletnym sprzętem oraz bez jednego buta nurkowego, pojawił się przed zamknięciem stanowiska odpraw :)

Lot do Egiptu odbył się bez żadnych utrudnień. Planowo, całkiem szybko dostaliśmy się do Hurghady. Lądowanie delikatne acz stanowcze, kołowanie na pasie i pierwsza oznaka zmian w tym pięknym kraju – na całej płycie lotniska tylko nasz samolot! Zazwyczaj hala odpraw tętni życiem, a do okienka odpraw ustawia się długa kolejka. Tym razem przemknęliśmy błyskawicznie, bez jakichkolwiek opóźnień. Na zewnątrz czekał na nas właściciel łodzi – Hamada, nadzorujący transfery i wszystko co było związane z logistyczną obsługą naszej wyprawy. Hamada jest właścicielem firmy United Divers z Safagi i jednocześnie łodzi, na której zazwyczaj pływamy podczas naszych wypraw. Ten sympatyczny Egipcjanin przywitał wszystkich szerokim uśmiechem i zaprowadził do autokaru, którym kontynuowaliśmy podróż do Marsa Ghalib – portu docelowego.

Na łódź Ramadan 3 dotarliśmy już po zmroku, głodni i lekko umęczeni podróżą, przez niektórych zakrapianą napojami wyskokowymi. Wejście na jej pokład dla wszystkich było też sygnałem rozpoczętego, dobrze zapowiadającego się urlopu. Pierwszego dnia czekał nas już jedynie breefing i kolacja, potem padliśmy jak muchy……

Ranek rozpoczął się śniadankiem i przygotowaniem do pierwszego nurka podczas wyprawy. Tego dnia pod wodą byliśmy trzy razy – raz w nocy i dwa razy za dnia. Na początku wyważyliśmy się i rozpoczęliśmy nasze safari. Pierwsze nurkowania w zatoce Marsa Shouma przyniosły nam kilka żółwi, spotkanie z mątwami, płaszczkami, nadymkami, dwie ciekawskie mureny, trochę walki ze sprzętem i dużo satysfakcji. Mątwy są zwierzętami morskimi należącymi do mięczaków. Posiadają niezwykle rozwiniętą zdolność do zmieniania ubarwienia pod wodą, przez co potrafią się doskonale kamuflować. Nasze spotkanie z nimi przyniosło kilkuminutowe filmiki oraz kilka niezłych zdjęć. Dwa osobniki wyraźnie były zainteresowane małą skałą rafową i cały czas coś kombinowały niedaleko małego ukwiała. Zmieniały przy tym barwy i kształty, co stanowiło świetną sposobność do pstrykania zdjęć i kręcenia ciekawych ujęć.

Dzień zakończyliśmy około godziny ósmej wieczorem smaczną kolacją oraz wypłynięciem w drogę na Brothers Island. Przed nami był pierwszy nocny transfer.

W Egipcie, w strefie wód przybrzeżnych fale zazwyczaj przemieszczają się w kierunku południowym. Kierunek płynięcia ma więc istotne znaczenie dla komfortu pływania po Morzu Czerwonym zwłaszcza gdy fale są spore i łódką może bujać. Nasza jednostka żeby osiągnąć pierwszy cel wyprawy, musiała popłynąć na wschód oraz lekko na północ, co powodowało, że długi nocny transfer odbywał się pod fale. Przez całą noc nie mogłem znaleźć sobie miejsca na łodzi. W kajucie mieliśmy pozamykane okna, bo co kilkanaście sekund woda szorowała po bulajach, a po pokładzie rozchodził się grzmot rozbijanych fal. Niekiedy łódź brała je lekko na ukos, wtedy oprócz bujania „przód-tył” dochodziły przechyły boczne i wszystkie nieumocowane przedmioty zaczynały swą rytmiczną wędrówkę od ściany do ściany, hamując z głośnym hukiem. Tej kakofonii dźwięków towarzyszyły rytmiczne stukania otwierających i zamykających się szafek oraz walenie skrzypiących drzwi od niedomkniętych kajut. W tych warunkach noc pod pokładem nie sprzyjała spaniu. Na górze było jeszcze gorzej. Wiatr i większe bujanie, bo im wyżej tym bardziej łódź się wychyla. Moje pierwsze próby spania na górnym pokładzie szybko zakończyły się fiaskiem. Boczne bujanie powodowało, że zanim złapałem pierwszego komara, turlałem się w kierunku burty… W tych okolicznościach postanowiłem wrócić do kajuty. Przed położeniem się do łóżka pozamykałem wszystkie trzaskające klapki, szafki, drzwiczki i inne oraz pozbierałem przetaczające się butelki po wodzie. W końcu zabezpieczyłem papierkiem drzwi kajuty i rozpocząłem proces zasypiania.
Powyższy opis obrazuje warunki zewnętrzne uniemożliwiające mi sen. Niestety, moja głowa też nie chciała żebym odpoczywał. Leżąc z zamkniętymi oczami nasuwały mi się przeróżne katastroficzne wizje tonącej łodzi nurkowej wraz ze mną, rozbijania się o niezauważoną rafę, czy rozszczelnienia kadłuba na skutek uderzenia fal. Zmęczony mózg trochę się bał i nie dawał zasnąć. Postanowiłem zmęczyć się słuchając kojącej muzyki i tak, przy jazzowych balladach Roda Stewarta, udało mi się zasnąć ok. 4 nad ranem.

Tuż po godzinie szóstej powitała nas pobudka. Jeden z naszych divemasterów – Christian ochoczo pukał do drzwi kajut oznajmiając przybycie na Brothersy.

Brothers Island to dwie wyspy na Morzu Czerwonym, które oddalone są od brzegu o około 8  godzin płynięcia. Sterczą do powierzchni z dosyć dużej głębokości i stanowią przeszkodę dla statków podróżujących w okolicy. Miejsce to było latami kultowe dla nurków z całego świata. Jednocześnie usytuowanie ich na środku morza wymagało posiadania umiejętności znacznie wyższych od podstawowych, gdyż zawsze są tutaj silne prądy morskie a nieraz duże fale. To miejsce zbierało też ogromne żniwo zaginionych nurków właśnie z powodów wymienionych przed chwilą. Zdarzały się wypadki, gdy całe grupy nurków zniesione prądami dryfowały po morzu przez kilkanaście godzin a nieraz dni, zanim zostały odnalezione przez służby poszukiwawcze. Niekiedy jednak nurkowie ginęli bez śladu wpisując się do niechlubnej listy ofiar Wysp Braci. Jak każdy medal, również i ten ma dwie strony. Brothersy latami były obiektem wojskowym i przez dziesiątki lat nie odbywały się tutaj połowy ryb. Można więc było spotkać ich niezliczone gatunki, często przedstawicieli podróżujących i rzadkich gatunków. Rekiny pojawiały się w dużych grupach, często były tuńczyki i ogromne ławice barrakud. Tak było kiedyś. Niestety, wraz z upływem czasu rybołówstwo dotarło także i tutaj. Wybito wszystko, co było warte uwagi i obecnie spotkanie tu przedstawicieli większych gatunków zdarza się rzadko, a o ławicach można już zapomnieć. Od dwóch lat wprowadzono ponownie zakaz rybołówstwa a za złamanie zakazu grożą ogromne kary. Mam nadzieję, że z czasem życie tutaj powróci i zdoła odrodzić się do wspomnianych wcześniej rozmiarów. Z tą nadzieją przyjechałem i tym razem, przekonać się ponownie, że czasu upłynęło jeszcze za mało.

Wracając do naszego safari i porannej pobudki po fatalnej noc, nie przyjechaliśmy tu dla przyjemności. Pół godziny później 28 nurków z Polski słuchało odprawy do nurkowania na Małym Bracie. Zapowiadało się ciekawie, bo w planach był wrak Numidii, pięknego statku leżącego od niemal powierzchni do 85 metrów głębokości. Zwiedziliśmy go nurkując z pontonu. Wejście do środka znajdowało się na 40m, skąd systemem pomieszczeń i szerokich korytarzy wypłycaliśmy się w kierunku wyjścia na 15m głębokości. Wspaniała przejrzystość wody i ciekawy kształt wraku wraz z osprzętem pokładowym i ginącej w odmętach niewidocznej rufie, dawała pozytywne wibracje i niezapomniane wrażenia z tego nurkowania. Powrót odbywał się z prądem po prawej stronie rafy.

Drugie nurkowanie zrobiliśmy z lodzi, zwiedzając wąskie platteau. Trzecie nurkowanie odbyliśmy na Wielkim Bracie, około mili morskiej na południe. Tutaj spotkaliśmy gray sharka, który wydawało się, nie zauważył naszej obecności i olewczo, z gracją i angielską flegmą, ominął nas jak nic nie znaczące pyły w wodzie. Taki nasz los, rekiny nie są zainteresowane… może to i lepiej :) Postanowiliśmy, że nie będziemy dłużej bawić w tym parku, ochoczo zaproponowaliśmy kapitanowi nocny transfer na Deadalusa.

Tym razem rejs upłynął w rytmie łagodnego i lekkiego kołysania, prawie bez odczuwalnych fal i przechyłów. Podróżowaliśmy wraz z falą a noc okazała się spokojna i pełna snu. Skończyła się pukaniem do kajut około godziny 5:30. Wstaliśmy. Kilkanaście minut później wstało słońce, obudzone z pewnością naszym głośnym zachowaniem i uderzeniami w dzwon pokładowy zwiastujący breefing.
Przed nami były 3 dni nurkowań odbywających się według stałego schematu i w tym samym miejscu. Dla niewtajemniczonych, to nic złego nurkować kilka razy w tym samym miejscu. To tak jak chodzić na randkę z tą sama piękną kobietą – zawsze zapiera dech w piersiach, a czekające atrakcje utrzymują wysoki poziom zaciekawienia i podekscytowania. Jeśli randka kończy się rozejściem do domu – już myśli się o następnej, ale jeśli dochodzi do „bliskiego spotkania”, wspomina się to długo i z wciąż żywymi emocjami. No i oczywiście też myśli się, żeby jeszcze raz się udało. Tak też jest z nurkowaniem na Deadalusie.

Jest to rafa o okrągłym kształcie, za duża żeby opłynąć ją za jednym razem. Zakładając brak prądów, można by dokonać tego w 3–4 godziny, ale nikt jeszcze nie próbował. Nasze zanurzenia odbywały się zazwyczaj na północnym końcu formacji i początkowały nietypowy sposób nurkowania. Schodziliśmy na głębokość ok. 25 metrów w takiej odległości od Daedalusa, że w zasadzie nie było go w zasięgu wzroku. Nasze umiejscowienie w przestrzeni można było określić jedynie za pomocą głębokościomierzy, a kierunek rafy można było określić po lekko ciemniejszej barwie wody. Wisząc tak w przestrzeni czekaliśmy na pojawienie się rekinów.

Nurkowałem w grupie dowodzonej przez Christiana. Za pierwszym razem spotkaliśmy dwa osobniki w dosyć dużej odległości. Były to okazy z gatunku rekinów-młotów, dorastające do 3–4 metrów długości. Pierwszy raz widziałem je pod wodą mimo że było to moje ponad pięćdziesiąte safari nurkowe w Egipcie.
W drugiej grupie, nad którą pieczę sprawował Akram, nurkowie spotkali ławicę sześciu młotów. Z jednej strony czułem się więc zadowolony, że pierwszy raz w życiu spotkałem te ryby, z drugiej zazdrościłem i zastanawiałem się, czy nie zmienić grupy. Intuicja podpowiadała mi jednak, żeby nie robić tego i wykazać się odrobina cierpliwości. Tak też zrobiłem. Przed kolejnym zejściem Christian zaproponował mi, żebym zabrał ze sobą małą butelkę po wodzie mineralnej i nadmuchał ją do połowy pod powierzchnią. Taką lekko sflaczałą butelkę należało rolować powoli w rękach, aby rozchodzący się specyficzny dźwięk zaciekawiał rekiny. Bez specjalnego entuzjazmu postanowiłem wypróbować jego szarlatańską metodę i po osiągnięciu głębokości 20 metrów zacząłem turlać buteleczkę między dłońmi. Chris robił to samo. Ku mojej radości, po 10 minutach rolowania zobaczyliśmy cienie nadpływających rekinów. Była to ławica licząca 14 osobników!. Przepłynęły dosyć blisko, jednak nie zdążyłem ocknąć się z osłupienia i aparat złapałem gdy były już poza moim zasięgiem. Zdołałem jednak złapać 12 sztuk na jednym ze zdjęć, które mimo swojej niedoskonałości cieszy mnie cały czas i pewnie długo będę się nim chełpił.

Na tym nurkowaniu udało mi się też uchwycić Chrisa, wabiącego rekiny. W tle widać nawet jednego ciekawskiego hammerheada, nadpływającego w kierunku szeleszczącej buteleczki. Z perspektywy czasu jest to jedno z najbardziej podobających mi się zdjęć, które zrobiłem pod wodą. Mimo swojej niedoskonałości oddaje to, co czułem i widziałem czekając na młoty.

Nasze wieczorne nurkowanie było miłym wyciszeniem po dniu pełnym wrażeń, choć poza jednym żółwiem i kilkoma barrakudami nie mieliśmy żadnych spektakularnych spotkań :) W drugiej grupie mieli więcej szczęścia. Od razu po wskoczeniu, przepłynęła tam ogromna manta i druga grupa wyszła z bananami na twarzach.  Dzień minął dosyć szybko, następnego dnia czekała nas pobudka o 5 rano.

Po wczesnej pobudce stwierdziliśmy, że nie jesteśmy najszybszymi nurkami na tej rafie. W naszym sąsiedztwie stacjonowało jeszcze 6 innych łodzi safari i na dwóch z nich odbywały się już przygotowania do porannego nurkowania. Nam nie spieszyło się aż tak bardzo bo ze względu na słabe poranne światło, nurkowanie przed wschodem trochę mijało się z celem. Nasza grupa była wyposażona bowiem w armadę aparatów fotograficznych i kilka kamer.
W wodzie znaleźliśmy się około 6:30, jako jakaś dziesiąta ekipa nurków. Opadając widzieliśmy masę ludzką podążającą za różnymi obiektami i pokazującą palcami co gdzie się znajduje. Takie nurkowanie w towarzystwie innych ma swoje zalety. Od razu wiadomo, gdzie są największe ciekawostki w okolicy. Tym razem spotkaliśmy trzy młoty oraz mantę, która pojawiła się w oddali właśnie wtedy, kiedy chcieliśmy już zawracać. Atrakcje więc dopisały. W drugiej grupie mant co prawda nie było, ale pojawiła się duża ławica młotów. Wszyscy więc zakończyli w dobrych humorach.

Trzeci dzień na Deadalusie był naszym ostatnim przy tej rafie. Ja i Jacek zabraliśmy po dodatkowej butli, żeby mieć w razie czego dodatkową porcję powietrza. Zamierzałem tym razem zejść głębiej, gdyby pojawiły się młoty. Na pierwszym nurkowaniu nie zaobserwowaliśmy rekinów, pomimo kilkudziesięciu minut pocierania butelki. Przepłynęła za to manta i spotkaliśmy kilka barrakud, więc humory dopisywały. Za drugim razem było inaczej. Po dwudziesto-minutowym pocieraniu butelki chcieliśmy już wracać, bo czas bezdekompresyjny dobiegł końca. W ostatnim momencie spostrzegliśmy kilka rekinów pod nami. Niewiele myśląc zanurkowałem głębiej i udało mi się sfotografować ławicę sześciu okazów. Tym razem na komputerze pojawiła się dekompresja i musiałem pozostać dłużej wykorzystując wcześniej przygotowany zapas powietrza. Nurkowanie trwało 84 minuty i przyniosło mi kilka ciekawych ujęć spod wody.

Po wyjściu na pokład kapitan nakazał odcumowanie od rafy i ruszyliśmy w drogę powrotną, w rejon Abu Dabbab, gdzie czekało nas dzisiaj jeszcze jedno nurkowanie – tym razem nocne. Część z nas nie zdecydowała się na oddanie nureczka nocą, zmęczenie powoli nas dopadło i nie każde zejście było na tyle atrakcyjne, żeby mogło rywalizować z drzemką albo relaksem na pokładzie. Ja też odpuściłem sobie, miałem już wystarczająco dużo zdjęć w aparacie, zmęczenia i azotu w tkankach, wszystko to wymieszane ze zmęczeniem. Nie, nie idę, wolę odpoczywać :)

Ostatni dzień rozpoczął się od krótkiego transferu na rafę Elphinstone. Jest to jedna z bardziej znanych raf. Kilkanaście lat temu nurkowanie na niej gwarantowało spotkanie dużych form życia, jednak z biegiem czasu rybacy wyciągnęli z wody wszystkie spore okazy i latami nie było co tutaj do oglądania. Podobnie jak na Brothersach, widać było tutaj spustoszenie jakie niosło za sobą odławianie ryb za pomocą długich sieci okalających rafę. Kilkadziesiąt takich dużych odłowów i rafa przestaje być atrakcyjna dla nurków, przedstawiciele dużych gatunków lądują na stołach, a pod wodą pozostaje pustynia. Może trochę przesadzam, bo sam koralowiec jest żywy i kolorowy, a kształt rafy opadającej w otchłań daje możliwość głębszych zejść oraz driftów, niemniej jednak trudno było tutaj spotkać coś wyjątkowego. Ja nurkowałem w tym miejscu dziesiątki razy i faktycznie duże okazy widziałem jakieś 8-10 lat temu. Nie nastawialiśmy się więc na nic spektakularnego. Nasz nurek zaczął się nad południowym platteau i miał być miłym wyciszeniem na zakończenie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy z Chrisem po wyciągnięciu i uruchomieniu butelkowych wabików zobaczyliśmy zbliżającego się rekina młota! Choć pojawił się daleko, zrobiłem kilka zdjęć aby udowodnić Konradowi, że nawet tutaj można coś ciekawego spotkać. Nie nurkuje on na tej rafie od kilku lat, przeprowadzając protest przeciwko nurkowaniom bez żadnych większych atrakcji i „przereklamowaniu” Elphinstone :)

Ostatnie nurkowanie zrobiliśmy na Abu Dabbab 3, rafie pełnej pęknięć i grot. Nie wpływaliśmy jednak do środka. Nasza wędrówka zaczęła się od lekkiego driftu, prąd był tutaj wyraźnie odczuwalny. Pośród niezbyt głębokich bloczków rafowych zobaczyliśmy w pewnym momencie żółwia wcinającego coś na śniadanie. Od razu dookoła niego zgromadzili się reporterzy z aparatami. Żółw zdawał się nie zwracać na nas uwagi i poruszał się powoli – od rafki do rafki – skubiąc sobie korale i ukwiały. W pewnym momencie zbliżył się do domu anemonka, który zaczął odganiać intruza chroniąc własny dom przed niechybnym pożarciem. Ciekawym jest, że Nemo wyszedł z tego pojedynku zwycięski. Mały anemonek rozegrał bój taktycznie i atakując oko rywala zachęcił go do odwrotu. Żółw mrugając oczkiem stwierdził, że nie podoba mu się ten żart i odpłynął w kierunku mniej oblężonego miejsca. Nasze ostatnie zejście przebiegło bez jakichkolwiek komplikacji i zakończyło się po około pięćdziesięciu minutach. Wróciliśmy na łódź, żeby wypłukać i wysuszyć sprzęt, przed nami była krótka noc i powrót nad ranem na lotnisko w Hurghadzie.

Lot powrotny przebiegał bez zakłóceń, jak zwykle przywieźliśmy ze sobą masę wspomnień, zdjęć i filmów.

Na pewno wrócimy tutaj kiedyś ponownie.

––– Pełna galeria zdjęć z wyjazdu znajduje się na naszym profilu na Facebooku pod linkiem KLIK