Relacja z wyjazdu do RPA

Na nurkowej mapie podróży Buddy’ego można wbić następną chorągiewkę. Po meksykańskich cenotach celem kolejnej wyprawy było RPA. Dla ośmioosobowej ekipy ten wyjazd był szansą na dużą dawkę deficytowej zimą witaminy D i przełamanie rutyny szarych dni przełomu lutego i marca.

Startujemy

Z Warszawy ruszamy 27 lutego w składzie Agnieszka, Piotr (ojciec instruktor), Tomoho, Darek i dwóch Andrzejów. Pierwsza miła niespodzianka to godzina wyjazdu. Alleluja ! nie trzeba wstawać o 3.30 i w egipskich nomen omen ciemnościach, odprawiać się na startujący o 6 rano czarter do Hurgady. Za to podróż będzie dłuższa. Jak biali ludzie o 14.30 lecimy na Heathrow żeby stamtąd po krótkiej przerwie (dziękujemy ci Konradzie królu logistyki!) pokonać niemałą odległość pomiędzy terminalami i przesiąść się do wypasionego Boeninga. Potem 11sto godzinny lot, w nadspodziewanie wygodnym fotelu, uatrakcyjniony obejrzeniem 2 filmów i zjedzeniem dwóch – nienajgorszych jak na British Airways posiłków. Kilka godzin spania i „już” lądujemy w Johannesburgu.

RPA

Na lotnisku spotykamy się z naszym lokalnym organizatorem Bartkiem. Dołączają do nas też mieszkający na południu Francji, Jarek z Izą. Bartek od samego początku wzbudza sympatię. Wtedy też po raz pierwszy dowiadujemy się, że „Africa is not for Sissies” (czyli nie dla sierot, cykorów i maminsynków) o czym informuje logo na jego czapeczce. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że to hasło stanie się jednym z kliku motywów przewodnich naszego wyjazdu. Bart, jak nazywają go miejscowi, odpowiada na pytania i pomaga wymienić walutę. W przeliczeniu 1 złotówka to około 3 randów. W prowadzeniu grupy zarówno pod jak i nad wodą Bartkowi będzie pomagał Ryan. Na pierwszy rzut oka widać że tworzą z Bartkiem zgraną ekipę. Ryan jest uśmiechnięty, śniady, ma kręcone włosy i miśkowatą posturę. Z pochodzenia jest Burem czyli potomkiem Holenderskich osadników. Ładujemy manele do przyczepki wynajętego na cały nasz pobyt busa i ruszamy. Po nocy w samolocie, czeka nas jeszcze 10cio godzinna jazda na północno-wschodnie wybrzeże RPA. Musimy dojechać do oceanu. Naszym pierwszym celem jest Sodowana Bay.
RPA pomimo początków jesieni wita nas słoneczną pogodą i temperaturą 27 stopni. Zapominając o zmęczeniu chłoniemy ciepło i afrykański klimaty. Zaskakują widoki. Afryka za oknem busa nie pasuje do zapisanego w głowie stereotypu. Zamiast pustynnych, płaskich i suchych przestrzeni z pojawiającą się niekiedy niską właściwą dla sawann roślinnością, widzimy typowy krajobraz z Lubelszczyzny lub okolic Radomia. Morze kołyszących się soczyście zielonych traw i znajome „nasze” krowy, które tutaj traktowane są na równi z ich świętymi odpowiednikami z Indii. Tutejsze Mećki uwielbiają w dużych ilościach wyłazić na drogi po których później niespiesznie maszerują. To jest Afryka ? Przecież widziałem afrykański Egipt …… Egipt to Egipt…To jest RPA!
Powoli wjeżdżamy coraz wyżej, musimy przeciąć Góry Smocze których najwyższe szczyty, licząc od poziomu morza, przekraczają 3 tysięcy metrów. Podobno są tu dwa ośrodki narciarskie. Bartek na zmianę z Ryanem chętnie i barwnie opowiadają o tym kraju, ludziach, realiach życia, polityce… W następnych dniach jeszcze wiele z usłyszanych wiadomości nas zaskoczy. RPA jest cztery razy większe od Polski i co już zauważyliśmy, ma bardzo przyzwoite drogi przelotowe. Ciągnące się po widnokrąg zielone przestrzenie pozwalają oczom odpocząć. Po przejechaniu gór krajobraz się zmienia i kończą się polskie podobieństwa. Z morza traw zostają jeziorka, wokół pojawiają się skupiska afrykańskiej, egzotycznej roślinności. Lewostronny ruch, szczególnie na skrzyżowaniach i rondach, powoduje przyspieszone bicie serca, a koncepcja wymuszenia ograniczenia prędkości w miejscowościach poprzez „leżących policjantów” którzy w tutejszym wydaniu są w mało wyróżniającym kolorze asfaltu (swoją drogą jaki ma być policjant w tym kraju jak nie czarny ?) powodują, że i my i przyczepa podskakujemy jak afrykańskie żabki. Właściwie jak białe afrykańskie żabki, która to kwalifikacja czyni tu z nas gatunek rzadki i w przeważającej większości importowany. Za oknem w mijanych miejscowość wszyscy są czarni. Już pierwszego dnia, w przeciwieństwie do łamiącego stereotypy krajobrazu, w pełni potwierdza się, że czarny to prawdziwy kolor Afryki.

Sodwana bay

Pierwszy nocleg w przytulnym i bardzo przyzwoitym pensjonacie. Z zewnątrz, jak chyba wszystkie, a na pewno większość budynków zamieszkiwanych przez białych, nasze lokum jest schowane za wysokim murem z zasiekami z drutu kolczastego które często mają tu możliwość podłączenia do prądu. Jedziemy na pierwsze nurkowania. Będziemy nurkować z łodzi. Nie ma wśród nas nurków bez doświadczenia. Nurkowaliśmy już w różnych miejscach. Nastroje dobre. Nic nas nie zaskoczy…. Nie jedziemy do portu, jedziemy na ….plażę! Nie ma zabudowań, kapitanatu, betonowych falochronów. Jest za to złoty, drobny, piękny piasek. Jest też ujście małej wpadającej do oceanu rzeczki. Czerwonobrunatny kolor zawdzięcza barwiącym jej wody korzeniom mangrowców. Ciekawe co dalej ? Tu jest Afryka. Jest ciągnik Fergusson i kawał drąga przypominającego dyszel. Ten zestaw pozwala zwodować starszego brata popularnego na morzu czerwonym Zodiaka. „Big Zodiak” ma strapy na nogi, jak na desce windsurfingowej i dodatkowe linki zamocowane wzdłuż pływaków. Łódź budzi zaufanie. Może z niej nurkować 10 osób. Porządne stojaki na sprzęt, dwa sprzężone silniki po 115 KM. Jeszcze tylko omówienie procedury wyjścia w morze i witaj przygodo! Po założeniu kamizelek ratunkowych jesteśmy gotowi. Nie ma kogo prosić o pozwolenie wyjścia w morze, jednak na coś czekamy. Bart tłumaczy, że cykl fal oceanicznych jest powtarzalny. Skipper je liczy, co pozwala mu ustalić właściwy moment startu. Teraz! Dwie fale przecinamy prostopadle, zmieniamy kierunek i pędzimy dalej. Dzięki dodatkowemu wyposażeniu łodzi, manewr nie kończy się katapultowaniem wszystkich pasażerów w sposób typowy dla jazdy na byku. Przed kolejną, najwyższą falą, z jękiem silników pracujących na najwyższych obrotach, na podobieństwo serferów uciekamy w wodnym tunelu, wychodząc pod kątem w stronę otwartego oceanu. Szczęśliwie pokonaliśmy falę przybojową. Podziwiam naprawdę duże umiejętności ciemnoskórego skippera. Jest spokojny, pewny siebie, wszystko co robi jest sprawdzone i przemyślane.
Miejsce nurkowe do którego płyniemy jest oddalone o 20 minut drogi. Zanim osiągamy cel, pada hasło „delfiny”. Zakładamy ABC i wyskakujemy z łodzi. Widzimy je tylko przez chwilę, z żalem patrzymy jak radosne, żywe torpedy mijają nas i odpływają. Wracamy do łodzi. Po chwili jesteśmy na miejscu. Zakładamy sprzęt. Końcowe odliczanie: 3,2,1 go! i zanurzamy się w błękitno-atramentowych wodach Oceanu indyjskiego. Świeci słońce, woda ma koło 26 stopni. Pianka 3-5 mm zapewnia skuteczną ochronę przed zimnem. Wyjątkiem jest Tomo, któremu wystarczają kąpielówki. Pod wodą czeka na nas rafa. Nie jest tak barwna i żywa jak w morzu czerwonym, za to poza znanymi, są tu liczne nieznane mi gatunki ryb, a także bogactwo różnych form oceanicznego życia. Wielkie ciekawskie Patato basy najwyraźniej są przyzwyczajone do widoku dziwnych intruzów i bez lęku podpływają do nurków. Natrafiamy na częściowo zagrzebane w piasku duże Stingraye. Przekroczenie przyjętej przez nie strefy prywatności powoduje lekkie uniesienie ogona zakończonego kolcem. Sygnał jest jasny, bliżej lepiej nie podpływać. Pamiętamy co spotkało pogromcę krokodyli Steve’a Irwina. Jesteśmy tu gośćmi i przestrzegamy zasad określonych przez gospodarzy. Piotr i Darek znajdują w zagłębieniu rafy rzadko spotykaną żółto-czarną pineapple fish. To cenne znalezisko. Napotykamy różnobarwne pipefishe, boxfishe, graniki, skrzydlice, krewetki tygrysie, kiwające się jak kawałki liści paperfishe, Frogfishe, są też udające kawałki rafy stonefishe i żółwie szylkretowe. Agnieszka pod wodą gubi kamerę. Mimo, że szanse na jej znalezienie wydają się minimalne, Ryanowi się to udaje! Nie wszystko co widzimy potrafimy nazwać. Ocean pokazuje nam bogactwo tutejszego życia. Przerwę powierzchniową skracamy do niezbędnego minimum. Mimo pływania w kółko dla zminimalizowania kołysania, długa, martwa fala oceaniczna szybko daje o sobie znać. Część z nas dopada choroba morska. Ci co muszą, „oddają hołd” neptunowi. Wymieniamy butle i schodzimy pod wodę. Błędnik się uspokaja, choć falowanie nawet na kilkunastu metrach jest zaskakująco duże. Podwodne widoki rekompensują niewygody. Jest super. Po to tu przyjechaliśmy!
Powrót jest już z falą. Przed strefą przybojową zakładamy kamizelki. Skipper „dosiada” fali, dostosowuje prędkość i pędzimy na jej szczycie w stronę plaży. Zostało 10 metrów a on płynie na pełnym speedzie w kierunku plaży!… nie wiem jak inni, ja mam w głowie gonitwę myśli. Zwariował ? Pomroczność bardzo jasna od nadmiaru słońca ? Uwarunkowana genetycznie i historycznie chęć zemsty na białym człowieku ? za chwilę się rozbijemy! Straszy, łodzi szkoda. Pewnie zawsze tak robi… Taki żart lokalny, żeby popatrzeć jak białasy z braku nogawek trzęsą białymi kończynami w czarnych piankach… Nikt nie panikuje, ja też udaje, że wszystko jest OK. Pociesza mnie, że Bart nie reaguje….. może są w zmowie !???? Nie ma czasu na rozważania. Za chwilę przecież rozbijemy się o brzeg, bohatersko – po cichu. Nie będzie miał drań satysfakcji… W ostatniej chwili „silniki stop”, „silniki góra” i wjeżdżamy, a raczej wślizgujemy się na kilka metrów w plażę. „big zodiak” kładzie się na burcie. Wszyscy żyją. 100 % szczęśliwych, jeden spalony słońcem. To było coś!
Następne nurkowania w Sodwana Bay mają podobną sekwencje wydarzeń. Bart jest bezlitosny, budzi nas z samego rana, pakuje do busa bez śniadania i jazda na plażę. Stan morza decyduje o wyborze miejsca i przerwie powierzchniowej. Potem omówienie nurkowania i podwodnych mieszkańców których możemy spotkać. Bliskie nurkowiska robimy z przerwą śniadaniową w naszej „plażowej bazie”. Jeśli przerwa jest na łodzi, śniadanie jemy dopiero po powrocie. Konstrukcja bazy to namiot jak ze stadionu dziesięciolecia, plastykowe krzesełka i podłoga z brezentu. Wystarczy, jest cień i przewiew. Bazę, obsługuje kolejny Ryan (ten jest szczupły i jasnowłosy) razem z drobną, niebrzydką szatynka. Są lokalnymi Dive masterami.
Kolejny dzień nurkowy. W nocy zmieniły się warunki, siła i kierunek wiatru. Mocniejszy wiatr to wyższa fala przybojowa i mocniej rozbujany ocean. Zapowiada się niezłe rodeo. Świeci słońce na które trzeba tu bardzo uważać bo bezlitośnie pali każdą nieochronioną kremem powierzchnię. Wyżej i gwałtowniej podskakujemy, ale wypływamy bez komplikacji. Za sterem czarny Mistrzunio. Prawdziwe wyzwanie dopiero nas czeka. Po założeniu sprzętu na kołyszącej się we wszystkie strony łodzi, do której dzisiaj najbardziej pasowałaby nazwa „tańcząca z falami”, schodzimy pod wodę. Nurkowania jest wspaniałe. Zwolennicy zdjęć makro i jednocześnie posiadacze dobrego wzroku lub optycznych szkieł w maskach, odnajdują liczne gatunki małych form życia. Są wśród nich jaskrawo ubarwione nagoskrzelne ślimaki, rozgwiazdki i przezroczyste krewetki. Nad rafą, w obowiązującym wszystkich rytmie falowania kołysze się spore stado żółtych lucjanów, wśród których rozpoznaje też goat fishe. Nie widziałem wcześniej żeby pływały wspólnie. Nie okazują lęku. Choć wiedzą zapewne, że nie jestem lucjanem pozwalają mi zbliżyć się na odległość wyciągniętej ręki i płynąć w ich rytmie. Jak zwykle nurkowanie mija szybko i pora wracać. W czasie kiedy byliśmy pod wodą warunki na górze się pogorszyły. Łódź wspina się na kilkumetrowe zwały wody żeby za chwilę zapaść się w dół. W tych warunkach, będąc 5 metrów od łodzi nie da się do niej dopłynąć. Na każdym z nurkowań prowadzący je Bartek trzyma boję, której położenie sygnalizuje Skipperowi aktualne miejsce pobytu grupy. Szczególnie dzisiaj jest to ważne. Często występują tu prądy, a w przypadku awaryjnego wynurzenia, samotnego nurka trudno byłoby zauważyć przy takiej fali. Dryf łodzi jest większy niż prędkość możliwa do osiągnięcia siłą mięśni płynącego po powierzchni człowieka. Trzeba wynurzyć się bezpośredniej bliskości łodzi. Skipper odbiera zdjęty w wodzie sprzęt i po kolei pomaga wejść uczepionym łodzi nurkom. W tych warunkach prawie nikt nie jest w stanie zrobić tego samodzielnie. Wreszcie wszyscy są na górze. Płyniemy z powrotem. Silniki na szczęście dają radę pokonać napór potężnych, zwieńczonych białymi grzywami fal. Brzeg przybliża się bardzo wolno. W końcu plaża. Ulga połączona z refleksją nad potęgą żywiołu, który tym razem był dla nas łaskawy, pozwolił wrócić, a przecież pokazał tylko małą próbkę swojej potęgi.
Nienurkująca Iza czeka na brzegu razem z obsługą plażowej bazy. Relacjonuje nam bohatersko odparty małpi atak na przywiezione dla nas śniadanie. Chwila nieuwagi i już włochata „kuzynka protoplastka” siedziała na stoliku. Ciemnoskóra obsługa udaremnia próbę zaboru mienia głośnymi, afrykańskimi okrzykami – zapewne odpowiednikami „a kysz” i „poszła stąd”. Dla nas incydent jest egzotyczny, stanowi część lokalnego kolorytu.
Niektóre nurkowania dla zapewnienia pełnej obsady łodzi odbywamy wspólnie z innych nurkami i opiekującymi się nimi dive masterami. Jedno z nich wykonujemy w towarzystwie „Steryda”. Wymyślenie ksywy nie było trudne. Biały, wysoki, przyszedł bez koszulki i rzecz jasna ma duże mięśnie. Wypisz wymaluj Janosik. Steryd wyraźnie nie wypuszcza całego powietrza – cały czas jest na wdechu. Ma rozbiegane spojrzenie i emanującą z przystojnej twarzy irytującą świadomość własnej doskonałości. Analizuje reakcje. Jesteśmy w kolebce cywilizacji Homo Sapiens, stąd może silniej odczuwamy tkwiące w nas atawizmy. W bazie i w naszej grupie są kobiety, nikt z nas takich mięśni nie posiada, a tu pojawił się powabny, obcy samiec pretendent…. Do pseudonimu dorzucamy uwagi na temat wyraźnie zbyt szczupłych (pada określenie: „nieproporcjonalnie chudych”) nóg. Zapewne jest Norwegiem, nie używa krótkich spodenek więc wystarczy mu „mocna góra”. Tłumaczę sobie, że złośliwość to cecha ludzi inteligentnych. Prawda jest jednak taka, że mu zazdrościmy. Twarz, sylwetkę i budowę ciała ma imponującą. Pewnie jest matołem. No i może chociaż okaże się, że nie potrafi nurkować ? Wypływamy. Steryd nie posiada pianki. Zapewne dlatego, że nie ma przezroczystych pianek w których widać mięśnie. Nie możemy jednak ocenić (miałem na myśli skrytykować) jego umiejętności nurkowych bo nie nurkujemy razem… Wspólnie za to wracamy z nurkowania. Yes, yes, yes ! Minę w czasie powrotu ma Steryd nietęgą. Choroba morska ? może też, ale na pewno mamy wyraźnie widoczne, pierwsze, niegroźne objawy hipotermii: fioletowe usta i dzwonienie uzębienia. Obserwujemy gościa. Czyżby się zapomniał i wypuścił powietrze ? Na usta ciśnie się „życzliwe” pytanie: „no co tam bracie ? zimno ?” ubiega mnie Piotr – pyta o to samo. Morał z opowieści sprowadza się do trzech wniosków:
Wniosek 1: O ile kłamstwo ma krótkie nogi, o tyle szpan na pewno ma chude nogi.
Wniosek 2: W Sodwana Bay, bez pianki, poza delfinami bezkarnie może nurkować tylko NASZ Tomo.
Wniosek 3: Nie tylko z powodu wychłodzenia organizmu, ale tak ogólnie – w życiu, warto czasem wypuścić powietrze.
Atrakcje lądowe okolic Sodwana Bay
Poza nurkowaniami w programie wyjazdu są także wycieczki lądowe. Tak jak i w kwestiach nurkowych tu też wykuły się pewne rytuały. Po porannych nurkach wracamy koło 12-13. Jeśli nie jedliśmy na plaży, zmęczeni uzupełniamy stracone kalorie. Najchętniej i najczęściej za pomocą okazałej wielkości steków których jakość w tym kraju jest niesamowita. Potem mała przerwa i jesteśmy gotowi na spędzenie drugiej części dnia zaplanowanej przez Bartka. Po cichu podziwiam jego pomysłowość, sprawność organizacyjną, zaangażowanie i dbałość o szczegóły. W czasie wyjazdów lodówka samochodowa jest zawsze zaopatrzona w lód, owoce i napoje. W dalszej części relacji wrócę jeszcze do wątku obsługi i uzupełniania tej lodówki w dodatkową zawartość….
Jednego dnia, terenowymi samochodami, w towarzystwie „Ryana blondyna” i jego dziewczyny jedziemy na krótką wycieczkę na pobliską górkę nad jeziorkiem, podziwiamy widoki, robimy fotki i czekamy na zachód słońca. Kolejny wieczór to kolacja w knajpce o trafnie dobranej nazwie „Drunken tree”. Lokal zawdzięcza swoją nazwę rosnącemu nieopodal, przechylonemu jak krzywa wieża w Pizie, dorodnemu egzemplarzowi afrykańskiej flory.
Po kolejnym nurkowym poranku – w planie jest safari. Dwugodzinna podróż i dojeżdżamy do parku Tembe. Wsiadamy do odkrytej Toyoty z obowiązkowym tutaj napędem 4×4. W towarzystwie naszego kierowcy – ciemnoskórego Patryka, zaczynamy bezkrwawe polowanie na mieszkańców rezerwatu. Dla większej części z nas to pierwsze prawdziwe safari. Bartek chce nam pokazać „wielką piątkę” na którą składają się: Lew, Słoń, Lampart, Bawół i Nosorożec. Jeździmy niespiesznie po piaszczystych ścieżkach. Interesujące i egzotyczne jest wszystko co widzimy. Przed tysiącami lat ten obszar zajmował ocean. Rosną tu endemiczne gatunki drzew i krzewów. Większość roślin ma potężne kolce. Nie byłoby fajnie uciekać przez takie zarośla, no chyba że ma się skórę grubą jak słoń. Wzdłuż i w poprzek naszej trasy pojawiają się różne gatunki antylop. Są tu Imaple, Njale, Gnu, Kudu… Nie zapamiętujemy wszystkich nazw gatunków podawanych przez przewodnika. Ze specjalnej ambony przy wodopoju obserwujemy spore stado słoni. To głównie samce. Piją też ustawione w wachlarz antylopy. Pomimo, że to rezerwat, zwierzęta są dzikie, a ich zachowania zgodne z wykształconymi i obowiązującymi w przyrodzie. Jedna z antylop nie pije, stoi wyraźnie z tyłu i czujnie obserwuje otoczenie. W każdej chwili jest gotowa dać grupie sygnał do ucieczki. Ruszamy dalej. Naszą drogę przecina stado słoni. To samice z młodymi. Po chwili widzimy także dwie młode żyrafy. Podmokłe zagłębienie penetrują dwa guźce, zapewne w poszukiwani wody. Mamy szczęście! Spotykamy rzadko widywane w tym rezerwacie lwy. Patryk pokazuje na migi, że mamy być cicho, zjeżdża z piaszczystej drogi i zatrzymuje się koło 5 metrów od młodego samca, który z pełnym brzuchem dyszy w cieniu pod krzakiem. Kawałek dalej w gęstym zagajniku wylegują się jeszcze dwie samice. Lunch jemy na wieży widokowej. Jest wietrzenie. Jesteśmy wysoko ponad linią drzew. Widok jest idylliczny. W każdą stronę po horyzont ciągnie się wiecznie zielony gęsty dywan utkany z koron drzew. Z jednej tylko strony ogranicza go pasmo gór. Zapisujemy w głowach i aparatach ten obraz i zadowoleni wracamy. Zaliczyliśmy dwa zwierzęta z wielkiej piątki. Jak na jedno safari to zdecydowanie dobry wynik!
Bartek nie pozwala nam się nudzić także kulinarnie. W przerwie pomiędzy stekami wpadamy do lokalnej, prawdziwej włoskiej pizzerii. Właścicielem jest Włoch, obsługa poza „piecowym” także włoska. Pieczona w oryginalnym piecu jednokomorowym, pizza jest wspaniała. Znowu zjadamy – a nazywając rzecz po imieniu, obżeramy się zdecydowanie ponad limit.
Wieczorem jest lokalna impreza w Drunken Tree. Licznie przybyli okoliczni przedstawiciele rasy białej przyjeżdżają swoimi Pickupami świętować „18tkę”, białej, jak wszyscy goście, jubilatki obchodzącej jeśli dobrze zrozumiałem 21 urodziny. Nie widać żeby ktokolwiek przejmował się powrotem autem po wypitym alkoholu. Jeszcze jedna cecha tego kraju. Impreza okazuje się balem przebierańców. Tematem przewodnim jest kultura antyczna. Dominują tuniki zaimprowizowane z prześcieradeł, licznie występują też opaski biodrowe i nagie torsy. Spotykamy jasnowłosego Ryana. W białym prześcieradle, wianku i opadających na ramiona włosach przypomina Jezusa. Bart jest tu witany entuzjastycznie. Widać, że go tu lubią. Miejscowi nie dziwią się że tu jesteśmy. Pewnie uprzedził, że przyjdzie z kolegami. Może dlatego nikt nie zwraca na nas szczególnej uwagi. Choć ubrani w krótkie spodnie i tshirty wyróżniamy się i nie pasujemy do konwencji. Ciekawe są opowieści o ludziach którzy przyjechali w te okolice na chwilę, z plecakami i są już po 15-20 lat. Podobno łatwo tu wpaść w pułapkę życia z dnia na dzień. Przez cały rok ciepło, jakaś dorywcza praca tu i tam. Przyjeżdżają turyści żeby zwiedzać i nurkować, jest piękna plaża… Wieczorem można pogadać, wypić piwko, zapalić trawkę…. tryb i warunki życia naturalnie ograniczają potrzeby. Pieniędzy za mało żeby się dorobić, za dużo żeby się o nie martwić. Poznajemy kolejny kawałek specyfiki tutejszego życia. Pouczeni przez Barta wracamy w grupie. To nie jest bezpieczny kraj dla białych.

St. Lucia

Mija połowa pobytu. Opuszczamy sympatyczne i znane już Sodwana Bay. Realizując opracowany przez Bartka plan jedziemy w stronę Umkomaas. Czas na zmianę, chcemy zobaczyć jak najwięcej i zanurkować w innych miejscach. Zanim tam dojedziemy, zatrzymamy się na jedną noc w St. Lucia. Tu program przewiduje nocne safari i pływanie po rzece. Ruszamy. Przed oknem busa jak w kinie pojawia się kolejna porcja widoków. W głębi zuluskie okrągłe domy kryte szpiczastymi strzechami, wzdłuż drogi wracające ze szkoły dzieci. Szkoda, że Roman Giertych tego nie widzi. Koncepcja obowiązkowych mundurków działa tu doskonale. Wszystkie dzieci są ubrane w białe koszule i granatowe spodnie lub spódnice. Przynależność do konkretnej szkoły można odróżnić po kolorze założonego na koszule bezrękawnika. Nie tylko z uwagi na to co widać za oknem, czas podróży zdecydowanie nie jest czasem straconym. Jest też „program relaksacyjny”. Tego programu nie opracował Bart. Wykuł się on samodzielnie, w oparciu o inwencję i preferencje uczestników wyjazdu. W czasie transferów w warstwie realizacyjnej w dużym % (zwykle około 40stu) program bazuje na zawartości lodówki. Pomiędzy Jarkiem, a Tomoho ustalił się podział ról. Tomo pełni rolę kwatermistrza nadzorującego stan zapasów. Jarek „Wodzirej” jest mistrzem ceremonii odpowiedzialnym za agitację, nadzór nad rozdziałem i konsumpcją dóbr, a także ich bezpośrednią dystrybucję do odbiorcy końcowego. Pełnej automatyzacji podlegały też komunikaty głosowe. Retoryczne pytanie Jarka „Co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem ?” pojawiało się nieodmiennie średnio w 2 minuty od uruchomienia silnika naszego busa.
Dojeżdżamy do St. Lucia. Ciche uliczki, parterowe, przylegające do siebie posesje z domkami i basenami są pełne drzew, krzewów i kwiatów. Przypominają mi przedmieścia kanadyjskiego Toronto. Wieczorne safari to wizyta w parku Isimagaliso i nowa porcja wrażeń. Po zmroku wsiadamy do odkrytej terenówki i ruszamy. Znaczna część drapieżników jest aktywna nocą. Crem de la crem to byłoby zobaczenie wielkiego kota, najchętniej Lamparta. W świetle mocnych, ręcznych reflektorów, w buszu i na odkrytym terenie co chwila niepokojąco święcą się jakieś oczy. W niepojęty dla mnie sposób nasz przewodnik (co chwila) i jego pomocniczka (zdecydowanie rzadziej) dostrzegają je nawet ze znacznej odległości i po zatrzymaniu bezbłędnie rozpoznają ich posiadaczy. Nasz biały przewodnik, posiadający jasne dredy i bez wątpienia sokoli wzrok, zdejmuje z pobliskiego drzewa zielonego kameleona wielkości małego palca. Podobno w świetle reflektora można zauważyć jego jaśniejszy brzuch. Ja całego zwierzaka zauważam dopiero po zdjęciu z gałęzi. Natrafiamy na aktywne w nocy hipopotamy, antylopy, i nocne ptaki. Żadnego wielkiego kota jednak nie spotykamy. Nasz pojazd przywozi nas pod lodge w którym mieszkamy. Okazuje się, że safari jeszcze się nie skończyło, a znaki drogowe ostrzegające przed tego typu spotkaniami nie były bezzasadne. Nie dalej niż jakieś 300 metrów od naszego pensjonatu mijamy okazałego hipcia, spokojnie skubiącego trawę w cudzym ogródku. Przewodnik odradza nam jednak marsz w jego kierunku. Lepiej nie mieć paru fotek niż doprowadzić do niebezpiecznej sytuacji. Pomimo pozornej ociężałości nie jest w stanie uciec przed nim nawet Usain Bold.
Następnego dnia realizujemy dalszą część planu czyli wodne safari. Po krótkiej jeździe, okrętujemy się na pokaźną, stabilna łódź i przemierzamy błotniste wody przepływającej w pobliżu St. Lucia rzeki. Nasz dowcipny kapitan odradza kąpiel, chyba, że jest ochotnik który chce pozostałym uatrakcyjnić sesję zdjęciową z zamieszkującymi rzekę krokodylami. Pod powierzchnią zupełnie nieprzejrzystej wody kryje się też jeszcze jedna niespodzianka. Otóż kilka lat temu, z powodu za małego dopływu wód, rzeka oddzieliła się mierzeją od oceanu i straciła swoje ujście, zamykając w swoich wodach migrujące żarłacze tępogłowe zwane tutaj czyli „bull shark”. Gatunek ten potrafi żyć w słodkich wodach i niekiedy jest spotykany setki kilometrów od mórz wewnątrz lądu. Przez następne 3 godziny oglądamy dziką przyrodę, rzekę i jej brzegi oraz mieszkające tam zwierzęta. Zaczynamy od wysłuchania opowieści kapitana (i jednocześnie przewodnika) o zwyczajach ptaków które podobnie do naszych remizów plotą wiszące na przybrzeżnych trzcinach gniazda. Płynąc dalej trafiamy na krokodyle wygrzewające się na brzegu i spotykamy brodzące na płyciznach czaple. Wreszcie są hipopotamy! Najpierw w oddaleniu, pojedynczo lub parami znikają pod powierzchnią na widok zbliżającej się łodzi. Potem spotykamy kolejno kilka grup drzemiących na płyciznach, liczących po 6-10 sztuk. Fotografujemy i kręcimy je przez długie minuty. Zawracamy. Przed samym portem środek nurtu rzeki przecina spory krokodyl. Tak, zdecydowanie kąpiel w tym miejscu nie byłaby wskazana.

Umkomaas

Wyjeżdżamy z St.Lucia i jedziemy do Umkomaas. Po drodze zatrzymujemy się w znajdującym się koło przystani sklepie z autentycznymi zuluskimi pamiątkami. Wyroby są piękne i niezbyt drogie. Większość z nas coś kupuje. Zakupy trwają dość długo bo po wyborze następuje faza ostatecznej wyceny. Zuluska „Big Mama” i jej troszkę mniej gabarytowe pomocniczki współpracują przy zakończeniu transakcji. Pomocnice sumują koszt na kalkulatorach, proponują ostateczne ceny, po czym pakują towar w gazety. Wysokość upustu i ostateczną cenę zatwierdza Big Mama. Poważniejsze negocjacje, jeśli za takowe je uzna, szefowa prowadzi samodzielnie. Nie usłyszymy w tym miejscu wypowiadanej jak mantra, jednym tchem, znanej frazy: „Where are you from good price for you my friend”. Nie odczujemy także typowej dla Egiptu, męczącej, handlowej natarczywości. Jest raczej uśmiech i wrażenie że negocjacje nie są do końca poważne. Tak też i ja je traktuje. Mam świadomość, że znowu otarliśmy się o kawałek tutejszego folkloru.
Mijane krajobrazy, opowieści Barta i Ryana o historii tych ziem w połączeniu z obserwacjami ludzi naokoło pobudzają do szerszych refleksji.
W którymś z podróżniczych programów Cejrowski wyjaśniał kiedyś dlaczego według jego teorii zupełnie różne plemiona, na innych kontynentach, bez najmniejszej szansy na kontakt i wymianę doświadczeń, w identyczny sposób zaplatają liście palmowe na dachy czy torebki. Wyjaśnienie jest proste: „inaczej nie będzie się trzymało”. Myślę, że tak właśnie jest. Zaradność, skuteczność i prostota rozwiązań. Ludzie w trudnych warunkach, takich jak tu – w Afryce, wykształcają w sobie niezwykłe zdolności. Ich zachowania sposób myślenia i sposoby rozwiązywania problemów są bardziej naturalne i lepiej dostosowane do realiów niż uczone, importowane i sztucznie przeniesione na obcy grunt koncepcje białych ludzi. Tutejsze, są oparte o wiedzę przekazywaną przez przodków, podpatrywanie wzorców zachowań ze świata zwierząt, a także o wnioski z obserwacji skutków działania podstawowych praw fizyki rządzącej światem. Nie chodzi wyłącznie o nieskomplikowane zależności, takie jak maszyny proste, ale także bardzie złożone prawa globalne np. prawo wedle którego każdy układ dąży do zachowania stanu o najmniejszej energii. Mniej rozwinięte kultury stosują je we własnej, ciekawej interpretacji. Między innymi postępują tak amazońscy Indianie, którzy o prawach fizyki zapewne słyszeli niewiele. Kiedy tylko nie ma bezwzględnej konieczności, leżą w swoich hamakach, palą i spokojnie czekają na jej przyjście. Biały człowiek uzależniony od techniki i odliczania czasu tego nie potrafi.
W XVII i XVIII wieku kiedy w RPA odkryto złoto i diamenty, masowo pojawili się holenderscy farmerzy którzy przemierzali ten kraj w takich samych wozach jak osadnicy w Ameryce północnej w czasie gorączki złota. Odpowiednikiem Indian byli w Afryce Zulusi. W czasie ich ataków Holendrzy bronili się ustawiając wozy w okrąg – czyli dokładnie w taki sam sposób jak robili to biali na dzikim zachodzie. Optymalna skuteczność i prostota.
Kiedy w trakcie nurkowania w Sodwana Bay spotkała mnie prozaiczna awaria sprzętu polegające na zgubieniu nakrętki bez której nie można stabilnie zamocować butli na plecach, uznałem, że na drugie nurkowanie nie mam szans. No bo skąd na łodzi miałyby być akurat zapasowa nakrętka 8mka ? Ciemnoskóry Skipper, bez dłuższego zastanowienia, a także widocznych objawów wahania, odkręcił pasującą nakrętkę od klemy akumulatora. On problem rozwiązał za pomocą tego co miał, a ja zanurkowałem. Czy to było genialne ? pewnie nie. Czy ja bym na to wpadł? –bardzo wątpię.
Generalizując sądzę, że gdyby biały człowiek miał w sobie więcej pokory, gdyby nie cechująca nas nadmierna pewność siebie i przekonanie o własnej nieomylności, moglibyśmy się pewnie jeszcze dużo od miejscowych nauczyć. Szkoda, że robią to nieliczni.
Dojeżdżamy na nowe miejsce. Biała obsługa pomaga wyładować sprzęt. Tutaj też witają się z Bartkiem jak ze starym kumplem. Lodge i baza trzymają standard. Piękna zieleń, wiata z zuluskim dachem, basen z leżakami dookoła i pokoje z obowiązkową klimą. Rozmawiamy z właścicielami i obsługą bazy. Pojawia się polski akcent. Bardzo znaną, kultową wręcz postacią, której niekwestionowany wkład w światową i tutejszą historię rozwoju nurkowania jest zmarły nieoczekiwanie w 2011 Polak – Witold Śmiłowski. To on był twórcą autorskiej koncepcji specjalizacji nurkowania z rekinami – jednej z głównych atrakcji, dla której tutaj przyjechaliśmy. Dobrze znali Witka właściciele bazy. Był tu legendą. Działał w nurkowych organizacjach DAN, Naui i PADI. Wyszkolił tysiące nurków i ponad pięć tysięcy tysiąc instruktorów. W latach 90tych zakładał jedną z pierwszych baz nurkowych w RPA. Wprowadzał federację PADI do Malawi, Mozambiku, na Seszele, Komory i Mauritius. Szczególnie Piotr, który miał okazję znać go osobiście, pyta miejscowych o związaną z RPA część historii jego dokonań. Okazuje się, że „niechcący” podróżujemy jego śladami, nurkujemy w miejscach, w których Witold nurkował przez kilkanaście lat, spotykamy jego współpracowników i przyjaciół. Nasza wyprawa okazała się jeszcze bardziej ciekawa i ekscytująca!
Rano będziemy nurkować na tutejszej rafie Aliwal Shoal. W planie kultowe miejsce nazywane katedrą. To formacja skalna w kształcie okręgu z dwoma wejściami którą szczególnie upodobały sobie rekiny tawrosze. W latach 90tych nurkowie wpływali do jej wnętrza i klęcząc na piaszczystym dnie, które jest tu na około 27 metrach, obserwowali pływające wokół nich rekiny. Obecnie wpływanie do środka katedry jest zabronione. Nurkowie muszą zadowolić się obserwacją rekinów ze stanowiska przy jednym z wejść. Procedura dotarcia na nurkowisko jest zbliżona do znanej nam z Sodwana Bay, z tą różnicą że do podobnej jak tam łodzi, wsiadamy bezproblemowo z wpadającej do oceanu błotnistej rzeczki. Skipperem jest biały Nick Buffalo. Nazwisko idealnie pasuje do jego postury. Jak się poznawaliśmy pomyślałem sobie, że jak nie spotkamy w Afryce bawoła to zrobimy sobie zdjęcie z nim. Ubrani w pianki do miejsca startu jedziemy na pace pick-upa. Ocean jest łaskawy. Pokonanie fali przybojowej i dopłynięcie na miejsce nurkowania nie nastręcza kłopotów. Schodzimy w dół. Warunki i woda swoim kolorem bardziej w tym miejscu przypominają mazurskie jeziora, w czasie opadania odczuwamy termoklinę, a temperatura spada do 22 stopni. Po chwili zaczyna mi być zimno. To nie żarty, nawet Tomoho założył piankę. Dopływamy do wejścia do katedry. Są! obserwujemy spokojnie pływające wewnątrz formacji skalnej, ponad dwumetrowe tawrosze. Kręcą kółka, więc trudno je policzyć. Rekiny są wspaniałe. Groźnie wyglądające zęby nie pasują do rzeczywistej, łagodnej natury tych zwierząt. Wejście do katedry nie jest zbyt szerokie i nie można go blokować. Trzeba zostawić miejsce które pozwoli rekinom bez stresu wypłynąć. W którymś momencie kilka z nich się na to decyduje. Przepływają dosłownie centymetry od nas. Mniejsza przejrzystość wody, powoduje że dociera tu mniej światła. Może dlatego, sceneria i główni aktorzy przedstawienia tworzą hipnotyczną mieszankę od której trudno oderwać wzrok. Zerkając na komputery z żalem patrzymy na zbyt szybko upływający czas denny. Pora wracać. Było naprawdę super! Zmarzłem, ale nie aż tak jak Steryd dwa dni temu.
Przyjemna odmiana, to fakt, że po Umkomaas możemy w grupach chodzić w dzień kiedy chcemy nie bojąc się o reakcje miejscowej ludności. To kurort, ale białych w mieście nie widać. Nie uda się nam tutaj wtopić w tłum. Mimo pozornego bezpieczeństwa wszędzie grupę dosięgają taksujące spojrzenia. Nie są chyba wrogie, jednak ja nie odczuwam ich jako neutralnych.
Tomo dopada praca. Jego mobilne biuro złożone z dwóch smartfonów, dla połączeń przychodzących odgrywa co chwila „Somewhere over the rainbow”. Współczujemy mu bo telefon dzwoni nieustannie. Warto wspomnieć, że poza niezwykle istotną funkcją selektywnie ukierunkowanego kwatermistrza, Tomo pełni jeszcze inną ważną dla funkcję. Należąc do kategorii cyber-uzależnionych, jako weteran zagranicznych eskapad, już na lotnisku zapobiegliwie zaopatrzył się w lokalne gigabajty transferu danych. Dzięki temu, poprzez jeden ze smartfonów zapewnia chętnym mobilny dostęp do Internetu.

Nurkowanie z rekinami

Nurkowanie w klatkach jest „for Sissies”. My będziemy nurkowali w bezpośrednim towarzystwie rekinów. Dzięki uprzejmości obsługi bazy dla poprawienia komfortu termicznego dostaję dodatkowy, zakładany pod spód pianki ocieplacz. Kolejny raz wypływamy bez problemów. Pierwsze nurkowanie robimy przy dużym wraku transportowca o nazwie „Produce”. Prąd jest słaby. Wrak jest dość głęboko, widoczność nie jest najlepsza. Ładownie statku są w złym stanie nie można więc do nich wpływać. Przepływamy jedynie przez szeroką nadbudówkę. Po pierwszym nurkowaniu dołącza do nas mistrz ceremonii który będzie prowadził nurkowanie z rekinami. Były norweski komandos o obecności rekinów mówi jako o czymś całkowicie pewnym. Przyglądamy się ciekawie dodatkowym rekwizytom. Zestaw „na rekiny” w uproszczeniu tworzą wypchany pokrojonymi sardynkami bęben od starej pralki i boja połączone liną. Plan nurkowania przewiduje nurkowanie w toni na głębokości około 10 metrów. Nurkowie mają ustawić się półkolem wokół bębna, przybrać nietypową, bardziej pionową pozycję i nie wykonując gwałtownych ruchów, wisieć w toni. Filmować i fotografować można do woli. Wertykalna pozycja ma na celu zmianę perspektywy w jakiej rekin widzi nurka. Dzięki tej zmianie człowiek wydaje się rekinowi większy – nie stanowi więc (podobno) dla niego potencjalnej zdobyczy. Dodatkowo dowiadujemy się, że wszelkie wystające części oprzyrządowania powinny się znaleźć jaki najbliżej ciała, jak rozpoznać u rekina oznaki zdenerwowania oraz że wszelkie próby dotykania zwierząt, dla każdego kto tego spróbuje, zakończą się natychmiastowym, karnym zakończeniem nurkowania. Jako ciekawostkę Norweg opowiada, że przetestował kiedyś na sobie reakcję rekinów na ludzką krew. Test był prosty i jednocześnie brawurowy. Po prostu naciął pod wodą własną rękę. Strumyczek krwi kompletnie nie zainteresował żadnego z przepływających w bezpośredniej bliskości rekinów. Wbrew obiegowym opiniom nie było żadnego ataku, szału i amoku. Rekiny kompletnie zignorowały nurka który na bazie tego doświadczenia jest przekonany, że rekinom nie smakuje ludzka krew. Troszkę uspokojeni, z budującą świadomością, że nie jesteśmy dla rekinów tacy znowu apetyczni, możemy rozpocząć nurkowanie. Najpierw do wody trafia „zestaw na rekiny”, zaraz po nim wskakuje norweski divemaster. My dołączamy na końcu. Zgodnie z instruktarzem, pierwszą czynnością przed zanurzeniem jest sprawdzenie co znajduje się pod nami. Rozglądam się ….i widzę kłębiące się wokół rekiny. Jest ich mnóstwo. Raczej nie potrafię myśleć jak rekin, ale „szczęki” oglądałem. Mam dziwną świadomość, że od dołu moje nogi w żółtych płetwach mogą wyglądać jakoś tak konsumpcyjnie. Zanurzam się pospiesznie. Na poziomie bębna krąży około 15 rekinów o wielkości od około 1,5 do ponad 2 metrów. Nie mam biegłości w rozpoznawaniu ich gatunków. Na pewno są tu wyróżniające się czarnymi końcówkami płetw black tipy i bull sharki. Rekiny są wszędzie. Za nami, przed nami i pod nami. Przepływają bardzo blisko, niemal ocierając się o nas ogonami. Dzień jest dość pochmurny, szkoda że nie ma słońca. Są za to towarzyszące rekinom remory i zwabione zawartością bębna, różne gatunki tuńczykowatych. Nie odczuwam zagrożenia, ale jednak, chyba jak zapewne wszyscy, czuję pewien respekt. Przestrzegamy ustalonych zasad nurkowania. Agnieszka ogranicza do połowy zasięg wyciągniętego zwykle na pełną długość ramienia z trzymaną w dłoni nieodłączną kamerką Gopro. Nie pojawiły się Tiger Sharki, nie przypłynął też cieszący się najgorszą reputacją, dorastający do 6 metrów Great White (żarłacz biały). Może szkoda, a może nie. To głównie z ich powodu w tych wodach stosuje się klatki. Godzinne nurkowanie mija szybko. Przy wychodzeniu z wody mam wrażenie, że wszyscy jakoś tak sprawniej i szybciej wskoczyli do łodzi….to pewnie złudzenie . Kiedy wszyscy są już na górze, Norweg opróżnia za burtę zawartość bębna. To dopiero scena rodem ze „szczęk” ! Za burtą aż się gotuje, wodę przecinające trójkątne płetwy i tuż przy łodzi pojawiają się otwarte paszcze. I myśmy z nimi nurkowali !!??

Okolice Umkomaas

Podobnie jak w Sodwana Bay, w okolicach Umkomaas czekają na nas także atrakcje lądowe. Po południu jedziemy do czegoś na kształt ogrodu zoologicznego. W dużej mierze trafiają tu osobniki chore czy osierocone w wyniku wypadków czy działania kłusowników. Ciekawe są okazy jadowitych węży, różne gatunki ptaków, flamingi, kolorowe tukany, papugi, są też okazy żółwi lądowych. Najbardziej imponujące są jednak olbrzymie krokodyle. W cieniu pod drzewami przy błotnistej sadzawce obserwujemy ich wielkie leniwe cielska. Ta leniwość jest tak samo złudna jak w przypadku hipopotamów. Wśród nich jest Henry. Ma około 6 metrów. Trafił tu kiedy miał kilka lat dzięki Sir Henriemu który „złowił” go w 1903 roku. Mamy wyjątkową okazję potrzymać małego krokodyla którego przyniósł oprowadzający nas przewodnik. Maluch jest rozkoszny. Dobrze, że jego starsi koledzy są za metalowym ogrodzeniem.
Podejmujemy ostatnią próbę uzupełnienia wielkiej piątki. Z Bartkiem za kierownicą jedziemy do kolejnego rezerwatu. Tym razem zwierzęta oglądamy z naszego busa. Spotykamy znane już antylopy, zebry i strusie. Wreszcie udaje się podjechać do pary nosorożców. Są dość daleko. Korzystając z zoomów pstrykamy ile wlezie. W kategorii wielka piątka przegrywamy 3y do 5ciu. Nie spotkaliśmy tylko Lamparta i Bawoła (białego skippera z Umkomaas nie liczę). W nadmorskiej knajpce Bartek namawia nas na spróbowanie niewinnie wyglądającego, najbardziej popularnego w Mozambiku drinka o nazwie R&R – Raspebbery & Rum (sok malinowy z rumem). Drink ma piękny czerwony kolor, delikatny smak który całkiem dobrze maskuje moc, odczuwalną dopiero po chwili od jego wypicia.
Ostatni już nurkowy poranek przewiduje nurkowanie w oddalonym o około 80 kilometrów Protea Banks. Bliskość miasta powoduje że jest tu więcej cywilizacji. Jest nawet kapitanat. Poza betonowymi wstawkami przy nabrzeżu i związanym z nimi troszkę innym sposobie wodowania łódki procedury startowe są takie same. W planie nurkowanie typu drift diving (nurkowanie w prądzie). Omawiamy plan nurkowania i wypływamy. Ocean po raz kolejny jest dla nas łaskawy. Świeci słońce. Wiatr i fala nie są duże tak jak i prąd pod wodą. Woda jest trochę cieplejsza, bardziej niebieska, ma też większą przejrzystość niż na Aliwal Shoal. Pod powierzchnią dużo się dzieje. Spotkamy black tipy, bull sharki, brunatne i żółte, nakrapiane mureny wystawiające paszcze z załomów rafy, samotnego guitar sharka – który swoją nazwę zawdzięcza kształtowi podobnemu do tego instrumentu, pojawiają się też duże stingraye. Niekiedy robienie zbliżeń nie jest do końca bezpieczne. Przekonał się o tym Darek, niegroźnie na szczęście, ugryziony przez niedużą murenkę. Po chwili dryfując w prądzie napotykamy podobnie do mant, majestatycznie poruszające „skrzydłami”, niewidziane wcześniej płaszczki eagle ray. W pewnym momencie najpierw słyszymy dziwne piski, a potem zauważamy stado delfinów. Tak jak przy poprzednim, powierzchniowym spotkaniu, żałujemy, że nie chcą zostać z nami na dłużej. Nurkowanie było fantastyczne. W drodze powrotnej robimy dwa manewry podejścia do zdmuchniętych do oceanu przez wiatr czapek dive mastera i skippera (obydwa zakończone sukcesem). Po uzyskaniu zgody kapitanatu przybijamy do brzegu. Jemy śniadanie w pobliskiej knajpce i wracamy do Umkomaas.

Wycieczka do Durbanu

Korzystając z bliskości tego miasta jedziemy do znajdującego się tam oceanarium. Wjeżdżając do Durbanu na zboczach góry widać zbudowane z blachy i kontenerów przygnębiające miasteczko slumsów. Bieda, slumsy i związana z nimi wysoka przestępczość to ciemne strony większości miast w RPA. Durban to największy morski port w Afryce. Wielkie akwaria oceanarium ulokowane są w znajdującym się przy nadmorskiej promenadzie wraku kontenerowca. Czekając na wejście do oceanarium słuchamy grającej na żywo kapeli i obserwujemy wychodzący z portu olbrzymi kontenerowiec. Proces ten jest z powietrza wspomagany przez helikopter. Z daleka widać nowoczesne wieżowce centrum miasta. Nie mamy zamiaru ani chęci na jego zwiedzanie. W oceanarium czeka na nas mnóstwo spotkanych już, jak i nie widzianych wcześniej przedstawicieli flory i fauny oceanu. Nad schodami wisi szkielet wieloryba. Nawet w tym wnętrzu widać, że jest ogromny. Tuż za szybą olbrzymi patato bas pozuje do zdjęć. Kolejne sale. Wielkie spokojnie pływające tawrosze – nasi znajomi z katedry. Są też inne rekiny. Nie sposób wymienić wszystkich zgromadzonych tu okazów. Urzeczeni pstrykamy i kręcimy przez kolejne dwie godziny. Na jednej ze ścian przewrotny napis informujący o statystycznych faktach według których krzesła (zwykłe – nie elektryczne) zabijają więcej ludzi niż rekiny. W czasie naszego zwiedzania oceanarium spada deszcz. Wychodzimy na rześkie powietrze, ładujemy się do busa i jedziemy z powrotem.
Wieczorem ostatni grill i jednocześnie pierwsze pożegnania. Następnego dnia wcześnie rano, wyjeżdża sympatyczny Ryan. Jakość tutejszej steków potwierdzają osiągane przez nas rezultaty w kategorii „konsumpcja”. Poza dodatkami w postaci bardzo smacznej, rzecz jasna lokalnej, kukurydzy, warzyw i pieczywa z ziołami, 10 osób (w tym dwie dziewczyny) zjada wieczorkiem 5 kilogramów wołowiny! To zdecydowanie dobry wynik.
Wiedzieliśmy wcześniej, że Bartek to bardzo ciekawy gość. Poza podróżami i pracą w egzotycznych krajach, prowadzeniem grup, z sukcesem kręci też filmy podwodne. Dzisiaj niespodzianie ujawnia dodatkowe, nie znane nam wcześniej talenty. Wykonuje dla nas wspaniały popis tańca z płonącym po dwóch stronach specjalnym kijem. W ciemności wirują koła i ósemki. Podziwiamy efekty, sprawność i grację jego ruchów. Pokaz naprawdę był super!

Wracamy

Wyjazd rano. Bartek rozdaje pamiątkowe, identyczne jak jego własna czapeczki. Oczywiście z napisem „Africa is not for Sissies”. Odbieramy zamówione wcześniej koszulki. Na czarnym tle białe napisy South Arica 2015 i słonie, rekiny, delfiny, płaszczki, żółwie jest lew, aligator i logo C.N. Buddy. Nie zabrakło na nich też sloganu z czapeczki.
Pakujemy nie w pełni wysuszone pianki. Żegnamy się z niezwykle sympatyczną obsługą bazy i wyjeżdżamy. Powrót przewiduje nocleg w Górach Smoczych. Za oknem uprawne pola ananasów, trzciny cukrowej i kukurydzy. Mijamy też często spotykane w RPA, posadzone przez człowieka, hodowane na papier lasy drzew eukaliptusowych. Poddając się podróżnej relaksacji dojeżdżamy do ośrodka z sympatycznymi domkami położonego w kotlinie wśród Gór Smoczych. Niestety na wycieczkę jest już za późno. Kolacja i noc w domku z zuluskim dachem. Rano pakujemy ”na gotowo” dosuszone pianki, całość gratów, jemy śniadanie i ruszamy w stronę Johannesburga.

Pożegnania

Po kilku godzinach i szybkim lunchu na wynos, dojeżdżamy na przedmieścia Johannesburga. Pokonujemy korki i zatrzymujemy się na parkingu przed lotniskiem. To moment pożegnania Bartka. Robimy misiaczki i przybijamy piątki. Dla mnie to była „full profeska”, a na dodatek tego gościa po prostu nie da się nie lubić.
Dzięki internetowi niezawodny Tomo zrobił wszystkim lecącym do Warszawy rezerwacje miejsc. Odprawa bagażu – w moim przypadku z małymi z perturbacjami i koniecznością przełożenia czegoś do bagażu podręcznego. Czekamy na lot do Londynu. Przed wylotem żegnamy się z naszym Wodzirejem i równie jak on sympatyczną Izą którzy wracają do Francji. Lądowanie na Heathrow. Jeszcze tylko „szczęściarze”, Darek i Piotrek, przechodzą szczegółową kontrolę bagażu podręcznego, przemieszczamy się na właściwy terminal i po niedługim czasie siedzimy w lekko opóźnionym samolocie do Warszawy. Na lotnisku Agnieszka jako pierwsza odbiera bagaż i …już jej nie ma. Przez cały wyjazd podziwiałem jej niespożytą energię i pasję fotograficzną. Choć zapamiętale fotografował też Piotr i neofita w obszarze podwodnej fotografii – Darek, Ona zawsze, wszędzie była pierwsza. Tak jest i teraz. Po odebraniu bagażu pozostała część ekipy żegna się ze sobą serdecznie i ruszamy. Tym razem już każdy w swoją stronę.
Wspaniałe miejsca, klimaty i ludzie. Mam na myśli zarówno tych którzy przyjechali i tych których poznaliśmy na miejscu. W ciągu 13 dni zobaczyliśmy tylko malutki kawałek RPA, a co dopiero mówić o kontynencie…? To tak jakby przyjechać do Polski zobaczyć Sukiennice, kawałek Krakowa i Wieliczkę po czym powiedzieć, że się zna Polskę. Z naszej podróży każdy najbardziej zapamięta coś innego. Jednak nawet bez wyciągania czapeczek, wszyscy na pewno zapamiętają że „Afryka is not for Sissies”.

Lista przebojów wyjazdu

„Afryka is not for SISSIES” – logo Bartka
„Steki wołowe” – Jakość wołowiny w RPA przesuwa granice konsumpcyjnych możliwości białego człowieka
„Somewhere over the rainbow” – melodia z komórki Tomoho
„ Co zrobimy z tak pięknie rozpoczętym dniem” – Jarek „Wodzirej”
„Wyciągnięta rączka z kamerą GOPRO” – Rączka i kamera Agnieszki
„Sunny side up” – (co brzmiało mniej więcej: „Sanisiajdap”) – usłyszawszy to od obsługi w RPA trzeba potwierdzić. Wtedy dostanie się jajka sadzone (dzięki Bart!;-)
„Tomoho pokazuje dowód” – tu konieczny jest krótki opis. Piszę o tym bo będąc świadkiem tej sytuacji ubawiłem się setnie. Głównie z uwagi na podobieństwo do słynnego dialogu „nie ma takiego miasta Londyn, jest Londek, Londek zdrój…” Iza konsekwentnie zwracała się do Tomoho per Tomek. Tomo najwyraźniej specjalnie to nie przeszkadzało, nawet potwierdził, że owszem jest OK, tyle że poza góralami to jednak ludzie zwracają się do niego normalnie Tomoho lub zdrobniale Tomo. Iza była chyba przekonana, że ją wkręcamy – bo przecież nie ma takiego imienia Tomoho, zażądała dowodu osobistego… który Tomo spokojnie okazał.
„Piotr nie pije na wyjazdach” – Skutecznie i raz na zawsze obalony mit

Od autora

Trochę się wytłumaczę z grafomańskich zapędów. To nie jest tak, że dopadła mnie wena i flirtowałem z potencjalnym czytelnikiem. Chciałem urzec, porwać stylem i nieszablonowością opisów, a zupełnie przy okazji zareklamować znajome biuro podróży i podpisać lukratywny kontrakt na opis wyjazdów nurkowych z Bartkiem i klubem Buddy. Mam świadomość, że ta relacja jest zbyt długa, dla tych którzy tam z nami tam nie byli – prawdopodobnie momentami nudnawa, zbyt pełna dygresji, subiektywnych obserwacji i być może nietrafnych i przeintelektualnionych wniosków. Rzeczywista motywacja jest bardziej prozaiczna. Po pierwsze, tak właśnie tam było i tak to zapamiętałem. Główny jednak powód jest taki, że poczułem potrzebę żeby to jakoś utrwalić. Zdjęcia i filmy są super, jednak nie potrafią oddać emocji. Ta relacja to też dowód na to, że ta nieznana wcześniej Afryka nie tylko zapadła głęboko, ale także ciągle mocno siedzi mi w głowie. Czas mija szybko. Wiem, że wszystkie wspomnienia wcześniej czy później się zacierają. Prawda jest taka, że gdybym o tym nie napisał to bym potem żałował, że nie podjąłem walki o ocalenie choć niewielkiej ich cząstki, a przede wszystkim próby opowiedzenia o odczuwanych tam emocjach.
Podziękowania dla Darka za cenne uwagi, korektę i pomoc w ostatecznym zredagowaniu tego tekstu. Czuje się też w obowiązku, jakoś nagrodzić za wytrwałość tych którzy doczytali do końca. Ok. Nagroda będzie w formie szczerej, całkowicie darmowej i zupełnie niekomercyjnej porady. Nawet jeśli choć trochę nie poczuliście klimatu Afryki który starałem się opisać, to (pewnie to zbyt mocno Was nie zaskoczy :) moja porada brzmi:
„Pojedźcie tam i zobaczcie to wszystko sami!!!”